Strona naszego Pisma
karnawał 2001Podziemne Pismo Cyniczne Tajniak przy Tajniak S.A. str.

opowiadania
poprzednia strona spis treści następna strona

Wybrzeże Snu

Historia ta zostala oparta na autentycznym wydarzeniu. Zmienilam jedynie imiona, miejsce, a biuro turystyczne zamienilam na kompleks wypoczynkowy Pasadena. Wszystkie fakty natomiast sa prawdziwe, milosc równiez, a , co najwazniejsze, trwa ona nadal

Wystarczył jej brzeg oceanu, piaszczysta plaża i szum fal, żeby wreszcie poczuć się szczęśliwą. Po zerwaniu zaręczyn nie miała ochoty na zebrania w pracy, narzekania szefa, ani na plotki koleżanek. Chciała odpocząć, a jakie inne miejsce nadawało się lepiej na wakacje jeśli nie egzotyczne Hawaje? Złoty piasek, bajecznie kolorowe stroje, urzekające zachody słońca, ciepły wiatr, krystalicznie czysta woda, wielkie, piękne muszle na brzegu i luksusowy hotel Pasadena. Robiła co chciała i kiedy chciała, zupełnie nie przejmując się upływem czasu i tym, że nikt ze znajomych ani przyjaciół nie ma pojęcia, gdzie jest i dlaczego nie dzwoni. Nikomu nie powiedziała ani słowa, nie mając ochoty na pytania i domysły. Zwłaszcza ze strony Marge, która nigdy nie przepuściłaby żadnej takiej okazji. Pisała do magazynu konkurującego z "People", do kolumny towarzyskiej, a zerwanie zaręczyn pomiędzy Stacy Carrington i Philipem Stentonem III, było nie lada sensacją. Stacy pracowała dla wiadomości CNN - znano ją w całych Stanach, więc żeby się ukryć przed własną popularnością i natrętnymi fanami, przyjechała na Maui. Tutaj nikt jej nie rozpoznawał, być może dlatego, że poza barmanem i obsługą hotelową Pasadeny natykała się prawie wyłącznie na turystów z Europy. Z żadnym z nich nie zamieniła zresztą ani słowa, chociaż parę dni temu, jak tylko przyjechała, podrywał ją przy barku pod gołym niebem jakiś Hiszpan. Nie miała po prostu ochoty na nawiązywanie znajomości i nowe przyjaźnie. Próbowała jakoś się pozbierać, by po powrocie do Nowego Jorku, móc pracować pełną parą... Westchnęła i spojrzała daleko na horyzont, którego dwa odcienie błękitu - wody i nieba - zlewały się w jeden głęboki lazur. Nie chciało jej się wracać do pracy przed kamerą i z kamienną twarzą relacjonować wyborów prezydenckich, opowiadać o zniszczeniach, jakie poczyniło tornado w Kansas, czy który z polityków ubiega się o fotel senatora. Sama myśl o tym sprawiła, że Stacy skrzywiła się i nabrała ochoty na coś zupełnie innego. Na drinka na przykład... Odwróciła się i wolnym krokiem wróciła do hotelu.
W barku pod gołym niebem siedziały cztery osoby; dwie przy stolikach z wielkimi parasolami, które chroniły przed palącym słońcem, kobieta i mężczyzna, a dwie pozostałe - dwóch mężczyzn - przy kontuarze. Stacy usiadła również przy barze, na wysokim, miękkim stołku, ale nieco z boku i poprosiła barmana o Mai Tai. Bar był tak usytuowany, że kiedy odwróciła głowę w prawo, widziała ocean. Tak miło było patrzeć na niego, jak się kołysał i mienił w blasku słońca jasnymi refeksami. Był groźny i potężny, ale jednocześnie przyjazny i spokojny, tak, że Stacy ponownie na moment zapomniała o kłopotach.
- Pani Mai Tai. - Barman położył na ladzie serwetkę i postawił na niej fantazyjny kielich w kształcie rozchylonego tulipana z drinkiem, dużą kolorową parasolką oraz z plasterkiem limetki i gałązką mięty. Stacy zamieszała napój i upiła łyk.
- Jak się pani podoba Maui?
- Słucham? - W pierwszej chwili nie była pewna, kto się do niej odezwał - mężczyzna z lewej, czy też może barman.
- Pytałem, jak się pani podoba na Maui. - Barman z całą pewnością był Amerykaninem, miał bardzo pociągający uśmiech i niebieskie oczy.
- Bardzo mi się podoba - odpowiedziała przez grzeczność. - Dziękuję. Pierwszy raz jestem w miejscu, które mogłoby startować w konkursie na raj na Ziemi.
- Tak, to prawda - przyznał. - Niewiele jest takich miejsc. Kiedy ja przyjechałem tu po raz pierwszy jedenaście lat temu, postanowiłem zrobić wszystko, by zostać tu na stałe.
- Naprawdę? - zaciekawiła się. - Przez jedenaście lat nie był pan nigdzie poza Maui?
- Tego nie powiedziałem. - Oparł łokcie na kontuarze i pochylił się nieznacznie w jej stronę. - Czasem wyjeżdżam, ale zazwyczaj na bardzo krótko i zawsze z radością wracam tutaj.
- Nie dziwię się - powiedziała w rozmarzeniu i ponownie spojrzała na ocean. - To chyba najpiękniejsze miejsca na świecie.
- Też tak sądze - zgodził się z nią. - Pani na urlopie?
- Dzisiaj mija dokładnie pierwszy tydzień moich miesięcznych wakacji - uśmiechnęła się.
- Spędza je pani samotnie? - zainteresował się.
- Tak, odpoczywam.
- Od męża, dzieci i pracy?
- Nie jestem mężatką - odpowiedziała - ale jeżeli chodzi o pracę, to trafił pan w dziesiątkę.
- Praca przed kamerami i to na żywo, przed milionami widzów, bardzo wyczerpuje, prawda?
Uniosła głowę i spojrzała na niego. Na jego twarzy malował się wyraz, który wskazywał, iż jest on człowiekiem doskonale wiedzącym, czego chce w życiu i dokąd podąża.
Stacy uśmiechnęła się lekko.
- Miałam nadzieję, że nikt mnie tu nie rozpozna - powiedziała - ale najwyraźniej wiadomości CNN ogląda o wiele więcej ludzi, niż sądziłam.
- Obiecuję, że nikomu nie powiem, kim pani jest - powiedział z udaną powagą.
- Dziękuję - skinęła głową. - Będę panu bardzo wdzięczna.
- Ale pod jednym warunkiem - zastrzegł.
- Jakim?
- Że da się pani zaprosić na kolację.
Jeszcze w domu Stacy obiecała sobie, że nie bedzie się z nikim na Hawajach umawiała, jednak teraz nie widziała w tym nic złego.
- Dobrze - zgodziła się - ale ja też mam warunek.
- Tak? Jaki?
- Chciałabym zjeść pod gołym niebem. Jako stały mieszkaniec, na pewno zna pan taką knajpkę, gdzie można się rozkoszować wieczorem na żywo, a nie podziwianym przez grubą szybę.
- Zgoda - wyciągnął do niej rękę. - A tak przy okazji, mam na imię Josh.
Uścisnęła jego dłoń.
- Stacy.

* * *

Kolację zjedli rzeczywiście na świeżym powietrzu, a było tak miło i sympatycznie, że zasiedzieli się do wpół do dwunastej. Stacy wprawdzie przywykła do tego, że życie na Hawajach rozpoczyna się trochę później niż w Nowym Jorku, ale jakoś nie mogła się przyzwyczaić do siedzenia w barze i zabawy do piątej rano.
Kiedy znalazła się w swoim hotelowym pokoju, wzięła prysznic i ustawiła klimatyzację na piętnaście stopni, pomyślała, że właściwie był to najmilej spędzony dzień odkąd tu przyjechała. Josh był bardzo bezpośrednim, ale jednocześnie taktownym facetem. Najbardziej jednak podobało jej się w nim to, że jest taki pogodny. Miał niesamowite poczucie humoru, co w porównianiu z jej byłym narzeczonym było ogromną zaletą. Właściwie Josh okazał się zupełnym przeciwieństwem Philipa i być może dlatego tak doskonale się z nim dzisiaj czuła. Nie jęczał, nie narzekał na ciągłe reformy bądź ich brak, nie mówił o interesach, nie zanudzał jej opowieściami o tym, jak zwyżkowała giełda i co się stało z jego akcjami, nie twierdził, że biedny znaczy gorszy i że dzieci zatruwają życie. Josh był inny i bardzo jej się ta jego "inność" podobała. Nie sprawiał wrażenia, że coś przed nią ukrywa i nie unikał rozmów na swój temat, chociaż najwyraźniej wolał neutralne tematy, jednak nie obruszał się, kiedy o coś pytała. Wydawał się być bardzo otwarty, ale być może, że to tylko pozory. Zresztą Stacy nie miała zamiaru tego analizować, bo postać, osobowość, charakter i sposób bycia Josha bardzo jej imponowały.
Leżąc już w łóżku pomyślała, że przyjazd na Hawaje i do tego wspaniałego luksusowego hotelu, to najlepsza i najtrafniejsza decyzja, jaką podjęła w życiu. Miała prawie trzydzieści lat i jedyne, co osiągnęła, to zawodowy sukces. Owszem, to bardzo wiele, ale mimo, iż była doskonała w tym, co robiła, popularna, rozpoznawana na ulicy i lubiana, to trochę jej do pełni szczęścia brakowało. Philip miał tę pustkę wypełnić, ale im nie wyszło. Właściwie to jej nie wyszło, bo nie potrafiła się dostosować do stylu życia Philipa; posiłki o stałej porze, spotkania służbowe zawsze o dziesiątej rano, seks zawsze po dwudziestej drugiej i koniecznie w tym samym miejscu, do obiadu obowiązkowo to samo wino, spacer zawsze w sobotę w południe, lunch w tej samej restauracji, rodzinne obiady, rozmowy o niczym... Na dodatek nigdy nawet nie potrzymał jej za rękę w miejscu publicznym, bo według niego nie wypadało okazywać uczuć przy ludziach. Uczuć? Przecież nie wymagała od niego, żeby się publicznie obściskiwali na ławce w parku ! Kiedyś spontanicznie pocałowała go w policzek, kiedy się żegnali przed jej domem... Zbeształ ją za to. Poczuła się wtedy upokorzona, zawstydzona i odrzucona. Przez trzy lata, które spędziła z Philipem, ani razu nie bawiła się tak dobrze, jak przez jeden dzień dzisiaj z Joshem. Josh był takim facetem, w którym bardzo łatwo mogła się zakochać. Tylko że za trzy tygodnie będzie musiała wracać do domu; nawet nie zdąży się zakochać. To nawet lepiej, pomyślała, po czym mocno zasnęła.

* * *

Ranek zastał ją przy barku na dole.
- Dzień dobry - przywitała się z Joshem.
- Witaj. Jak spałaś?
- Cudownie - uśmiechnęła się. - Ten klimat tutaj, to po prostu marzenie.
Byli sami, bo przed dziesiątą rzadko kto zaglądał do baru, ale Stacy bardzo to odpowiadało.
- Wspaniale się wczoraj bawiłam - powiedziała.
- Ja również - odparł i odłożył kraciastą ścierkę gdzieś pod ladę. - Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?
- Właściwie nie. Zamierzałam pospacerować.
- A masz ochotę pozwiedzać tutejsze dzikie plaże, Wybrzeże Snu i...
- Wybrzeże czego? - Aż się uśmiechnęła.
- Wybrzeże Snu - powtórzył. - Miejscowi poławiacze pereł tak je nazywają. To dlatego, że kiedy się je widzi i tam jest, ma się wrażenie, że wszystko wokół nie istnieje i nie dzieje się naprawdę. To takie bardzo szczególne miejsce, w którym nagle cichną głosy i wiatr, a szum fal jest ledwie słyszalny i to zupełnie inaczej niż gdzie indziej.
Stacy aż westchnęła. Wizja, jaką roztoczył przed nią Josh, była tak pociągająca, że dziewczyna miała ochotę od razu się na tym Wybrzeżu znaleźć. Przystała na jego propozycję i wieczorem wybrali się na długi spacer.
Po godzinie dotarli do bardzo stromego nabrzeża, z szerokimi skałami, przy których Josh na chwilę się zatrzymał.
- Musimy przejść na drugą stronę - powiedział, wskazując wąski przesmyk. - Daj rękę.
Podała mu dłoń i wdrapała się za nim na górę. Przeszli jeszcze kawałek, minęli dwa olbrzymie głazy, pokonali przesmyk i zeszli kawałek w dół. Stali teraz na płaskiej skale, a jakieś pięćdziesiąt metrów przed nimi, w dole, roztaczała się plaża. Ale jaka plaża... Stacy z wrażenia przestała na chwilę oddychać.
Wielkie strome skały trzymały w swych kleszczach ogromny wręcz teren. Zachodzące właśnie słońce barwiło niebo i małe chmurki na żółto, różowo, pomarańczowo, purpurowo, fioletowo i czerwono. Rozmaitość barw potęgowały wody oceanu, który odbijał je i zwielokrotniał jak lustro, fale unosiły kolory na swych grzbietach i wyrzucały je na piasek razem z biało-różowymi, drobnymi muszelkami i niknącą szybko pianą. Słońce wyglądało jak wielka czerwona kula, a jego odbicie w wodzie odbijało się i drgało w rytm tańca fal z wiatrem.
- Zachwycające... - zdołała wyszeptać Stacy. - Takie nierzeczywiste i tajemnicze. Zupełnie jakby nie było całkiem realne.
- Jak ze snu, prawda? - uśmiechnął się Josh. - Chodź, tam jest zejście.
Ponownie ujął ją za rękę i razem zeszli na dół.
Piasek był ciepły i miękki; aż miło było zanurzyć w nim stopy.
- Tu rzeczywiście nie słychać żadnych głosów - odezwała się cicho.
- Ale nie musisz przez to szeptać - spojrzał na jej profil. - Skały i wzniesienia tłumią wszelkie dźwięki. Poza tym jesteśmy kawał drogi od cywilizacji. - Zrobił kilka kroków w kierunku skał i z czegoś w rodzaju małej groty, wyciągnął wiklinowy koszyk.
- Kolacja? - Stacy przeniosła na niego zdumione spojrzenie jasnobrązowych oczu.
- Mam też koce w razie, gdybyśmy postanowili spędzić tu noc. Spałaś kiedyś pod gwiazdami?
Ona? Pod gwiazdami? Skąd! Wiecznie zaganiana, przygotowująca wywiady, programy, wiadomości dla CNN i na dodatek do niedawna związana z nudnym i przerażająco poukładanym Philipem Stentonem III ? On nigdy nie zrobiłby czegoś tak porywającego, romantycznego i szalonego, jak kolacja na plaży i noc pod gołym niebem.
Josh rozłożył koc na pisaku przy skale i postawił na nim koszyk. Poza kanapkami, sokiem i owocami, miał tam butelkę szampana i dwa kieliszki.
Stacy od razu przyszło do głowy, że dla Philipa jedzenie zwykłej kanapki, byłoby zbyt pretensjonalne. Josh tymczasem podał jej serwetkę, kanapkę i butelkę soku, po czym otworzył szampana i nalał go do kieliszków.
- Jesteś szalony - powiedziała, gdy wręczył jej pełny kieliszek.
- W każdym z nas jest odrobina szaleństwa, Stacy - odparł.
- Za co pijemy?
- Za udany początek interesującej znajomości.
- Zgoda - uśmiechnęła się.
Szkło brzęknęło cicho, kiedy stuknęli się kieliszkami.
Słońce zaszło już za horyzont, a na granatowe niebo wytoczył się okrągły, leniwy księżyc i tak samo, jak przedtem słońce, zaczął się przeglądać w falach oceanu. Zdawało się, że tańczy na powierzchni wody.
- Powiedz mi - zagadnął dziewczynę Josh - dlaczego wybrałaś akurat Hawaje? Mogłaś jechać na Karaiby, Na Wyspy Kanaryjskie albo na Capri. Czemu więc Maui?
- Z dwóch powodów - powiedziała. - Po pierwsze dlatego, że nie znam hiszpańskiego i nie dogadałabym się na Kanarach, a po drugie tylko na Hawaje było mnie akurat stać.
- Masz kłopoty finansowe?
- Nie takie poważne, ale jeśli chodzi o wycieczkę, to musiałam trochę oszczędzić.
- Sądziłem, że nie dotykają cię tego rodzaju problemy.
- Bo jestem dziennikarką?
- Bo zachowujesz się tak, jakby pieniądze nie miały dla ciebie większego znaczenia.
- Nie mają - przyznała.
- A co ma?
Uśmiechnęła się leciutko.
- Na przykład ta chwila - powiedziała. - Atmosfera, ten księżyc, ocean, powietrze i ty. - Przeniosła na niego spojrzenie.
Przyglądał jej się przez dłuższy moment, wędrując oczyma od jej włosów, poprzez ciemne, regularne łuki brwiowe, jasnobrązowe oczy, zgrabny nosek i pełne, zmysłowo wykrojone usta. Podobała mu się. Nie tylko z urody, także jej charakter wywarł na nim wrażenie; był mocny, nieprzekupny, a przy tym uroczo romantyczny. Miała w sobie coś, co go pociągało i co sprawiało, że czuł się w jej towarzystwie bardzo swobodnie. Rzadko kiedy czuł się w towarzystwie kobiety tak, jakby znali się od przeszło dziesięciu lat. Sam był tym nowym uczuciem zdumiony, bo przecież poznał ją dopiero wczoraj. Ona jednak sprawiała wrażenie osoby, która nieczęsto spotyka się z ludźmi ( poza pracą oczywiście ); była trochę onieśmielona, ale w tej chwili Josh pomyślał, iż to dlatego, że przygląda się jej tak intensywnie. Odwrócił głowę i spojrzał na ocean. Był cichy i spokojny. Wpływał kojąco na duszę, niwelował stres i redukował napięcie. Josh zawsze wiedział, że nie mógłby mieszkać gdzie indziej.
- Zawsze mieszkałaś w Nowym Jorku? - zapytał, przenosząc spojrzenie niebieskich oczu na Stacy.
- Tak - skinęła głową. - Urodziłam się w Nowym Jorku, tam dorastałam, tam skończyłam szkoły i tam się po raz pierwszy zakochałam.
- Kim on był? - Nagle odkrył, że bardzo interesuje go jej przeszłość i to, z kim była związana.
- Arystokratą - odpowiedziała. - Nazywa się Philip Stenton III.
- Ten od sieci hoteli Stenton & Syn?
- Znasz ich? - zdziwiła się.
- Są jednymi z najlepszych w branży hotelowej.
- Skąd wiesz?
- Czytuję gazety i pisma turystyczne. Nadal z nim jesteś?
- Nie - potrząsnęła głową. - Trzy tygodnie temu zerwałam zaręczyny.
Nie był zaskoczony. Pomyślał nawet, że to dobrze, iż nie wyszła za jakiegoś snoba.
- Nadal go kochasz? - zapytał.
- Nie. - Odpowiedź padła bez najmniejszego wahania.
- To dobrze.
- Dlaczego?
- Bo gdyby było inaczej, nie mógłbym zrobić tego... - powiedział i pochylając się w jej stronę, pocałował ją w usta.
Westchnęła cicho, ale nie zaprotestowała, bo podświadomie czekała na to przez cały wieczór.
- Wiesz - odezwał się po chwili Josh, patrząc z góry na jej twarz - chyba się w tobie zakochałem.
- A ja w tobie - odpowiedziała cicho.
- I co z tym zrobimy?
- Nie wiem.
Wyciągnął rękę i zanurzył palce w jej długich, miękkich włosach.
- Mówiłem poważnie.
- Ja również.
Tym razem pocałunek był głęboki, namiętny i naglący. Oboje zatracili się w nim na dłuższą chwilę, a Stacy poczuła, że odpływa w inny świat. I tylko jedna myśl pojawiła się w jej głowie na kształt ciemnej chmury na czystym niebie : za niecałe trzy tygodnie będzie musiała wracać do Nowego Jorku...

* * *

Tydzień później Stacy obudziła się w środku nocy i nie mogła już spać. Myślami błądziła wokół tych wszystkich dni, jakie do tej pory spędziła z Joshem i nie mogła oprzeć się wrażeniu, że chyba oszalała. Uczucia przytłaczały ją, czuła się tak, jakby nagle zaczęła żyć innym życiem, w innym świecie...
Wstała, zbiegła na dół do barku, gdzie codziennie spotykała się na śniadaniu z Joshem. Tym razem jednak go tam nie zastała. Za ladą kręcił się niewysoki Latynos i wycierał dopiero co umyte szklaneczki i kielichy do egzotycznych drinków.
- Przepraszam - odezwała się do niego Stacy. - Szukam Josha.
- Kogo?
- Josha - powtórzyła. - Barmana, który pracował tu przez ostatni tydzień.
- Stevensena?
- Tak ma chyba na nazwisko - skinęła głową. - Nie wie pan, gdzie mogę go znaleźć?
- Pewnie w biurze.
- W biurze? - Stacy zmarszczyła brwi. - W jakim biurze?
- Proszę iść do hotelu - wskazał na wejście - skręcić w lewo przy recepcji i odnaleźć drzwi z napisem PRIVADO.
- Nie bardzo rozumiem. Czy Josh nie jest tu barmanem?
- Barmanem? - latynoski chłopak uśmiechnął się szeroko. - Josh Stevensen jest właścicielem tego hotelu, proszę pani. Pomagał nam tylko, kiedy nasz kolega był chwilowo nieobecny. Taki już jest...
Omal nie usiadła z wrażenia. Właścicielem? Była tak zaskoczona, że ledwo wydukała krótkie "dziękuję" i nie słyszała już, jak chłopak odpowiada jej po hiszpańsku:
- De nada.
Prędko odnalazła drzwi, o których mówił chłopak i zatrzymała się przed nimi. Ze dziwieniem zauważyła, że była zdenerwowana. Zupełnie, jakby fakt, iż Josh okazał się być kimś innym niż był w istocie, zaczął ją peszyć. Miała właśnie zapukać, kiedy dotarł do niej podniesiony głos Josha.
- Miało być trzysta butelek Calvados ! A wy co mi przysłaliście? Jakieś podrzędne wino? Prowadzę pięciogwiazdkowy hotel, a nie przydrożny motelik i kiedy mój asystent składa zamówienie, oczekuję, że zostanie ono rzetelnie i na czas zrealizowane... - Na chwilę zapadła cisza, po czym Josh mówił dalej: - Nie, proszę mi przysłać właściwe skrzynki i to do końca tygodnia. W przeciwnym razie rozwiążemy umowę. Dodam tylko, że to nie ja będę stratny... - Znowu pauza. - Proszę nie przesadzać, dobrze? Nic mnie to nie obchodzi. Zresztą nie mam czasu, bo już jestem spóźniony. Kobieta, którą kocham już się pewnie niecierpliwi, czekając na mnie, a jeśli mi ucieknie, pozwę pana i pańską firmę do sądu!
Stacy usłyszała teraz trzask słuchawki. Niewiele myśląc zapukała i nacisnęła klamkę.
- Dzień dobry - przywitała się.
Josh uniósł głowę i uśmiechnął się.
- Witam cię - podszedł do niej i pocałował ją lekko.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Chyba nie wymagasz od gości podania o widzenie się z szefem?
- Więc już wiesz - stwierdził raczej niż zapytał.
- Wiem. Czemu mi nie powiedziałeś?
- Bo chciałem, żebyś polubiła Josha-człowieka, a nie Josha-właściciela kompleksu Pasadena.
- Polubiłam Josha-barmana.
- Jak mam to rozumieć? - zmarszczył brwi.
- Polubiłabym cię bez względu na to, kim jesteś, bo to ty. To wszystko.
- To miłe - uśmiechnął się. - Powiedz mi, zastanawiałaś się nad tym, by zostać trochę dłużej?
- Na Maui? Nie mogę. Moja praca czeka, a poza tym mam opłacone tylko trzy tygodnie.
- O pieniądze się nie martw.
- Nie mogę nadużywać twojej gościnności, Josh. Nie mogę pozwolić, żebyś płacił za mój pobyt tutaj.
- I nijak nie dasz się przekonać?
- Nie.
- A gdyby to były twoje pieniądze? I twój hotel, to co wtedy?
- To co innego - uśmiechnęła się.
- Więc wyjdź za mnie.
- Co? ... - Aż ją zatkało, kiedy to usłyszała.
- Gdybyśmy byli małżeństwem, nie musiałabyś płacić, bo byłby to także twój hotel. Nie mówiąc już o tym, że mam tu z tyłu czteropokojowy apartament, stanowczo za duży dla jednej osoby.
- Ty mówisz poważnie? - Wpatrywała się w niego z taką miną, że aż wywołała uśmiech na jego twarzy.
- Bardzo poważnie - skinął głową. - Pytanie tylko, czy potrafiłabyś zrezygnować z pracy w CNN i zamieszkać na Hawajach?
- Żartujesz?! - wykrzyknęła. - A kto nie chciałby mieszkać na Hawajach?
- Czy to znaczy tak? - zapytał.
- Tak, Josh - roześmiała się. - To właśnie powiedziałam.
- I naprawdę zrezygnujesz z pracy? - Nie mógł tak do końca w to uwierzyć. - Przecież na sukces pracowałaś parę lat. Jesteś znana, popularna i masz wielu fanów. CNN będzie nie ten sam bez Stacy Carrington.
Uśmiechnęła się lekko, podeszła do niego i wygładziła mu koszulę na piersi, chociaż i bez tego była nieskazitelnie odprasowana.
- Wiesz, dlaczego przyjechałam tutaj, na Maui? - zapytała i nie czekając na odpowiedź, ciągnęła dalej : - Bo chciałam się ukryć przed ludźmi. Kiedy zerwałam zaręczyny, brukowce prześcigały się w sensacyjnych powodach, dla których to zrobiłam. Rozstałam się z Philipem w zgodzie, a gazety potraktowały nas jak sępy padlinę. Philip popłynął swoim jachtem do Australii, a ja początkowo chciałam się wybrać do Detroit, gdzie mam znajomych. Na dzień przed wyjazdem, kiedy spacerowałam po Central Parku, kilka osób pokazywało mnie sobie palcami i nietrudno było zgadnąć, o czym rozmawiają. Zdałam sobie wtedy sprawę, że chciałabym pojechać w takie miejsce, gdzie mnie nikt nie rozpozna, gdzie nie będę osobą publiczną, no i wybrałam Hawaje. - Uśmiechnęła się nieznacznie. - Przez okrągły tydzień nikt mnie nie rozpoznał.
- Chcesz przez to powiedzieć, że nie tylko zrezygnujesz z pracy, ale zrobisz to nawet z przyjemnością?
- Właśnie. Ciężko pracowałam na sukces i go osiągnęłam. Nie mam aspiracji do zostania najpopularniejszą prezenterką Ameryki, a stacja CNN doskonale poradzi sobie beze mnie. Już na pewno mają kogoś na oku; młodszą, ładniejszą...
- Ładniejszą na pewno nie - powiedział Josh, przyciągając ją do siebie i całując w usta. - To kiedy mam posłać po twoje rzeczy na Manhattan?
- Nie wiem - spojrzała na niego. - Teraz?
- Teraz mi pasuje - zgodził się, po czym sięgnął po słuchawkę telefonu, a z biurka wziął klucze. - Weź to - podał jej. - Idź obejrzeć apartament, a ja przez ten czas wszystko załatwię. Daj mi pół godziny.

* * *

Mieszkanie znajdowało się na tyłach budynku i było zupełnie oddzielone od reszty pomieszczeń. Miało cztery pokoje, kuchnię, dużą łazienkę i hol, ale najbardziej zachwycił Stacy widok z okna sypialni i z tarasu. Jak okiem sięgnąć, wszędzie królował Pacyfik, piaszczyste plaże, a dalej wznosiły się strome skały. Widok był niemal tak samo porywający jak ten z Wybrzeża Snu.
- Podoba ci się? - usłyszała za plecami głos Josha.
- Czy mi się podoba? - Aż pokręciła głową z niedowierzaniem, że może o to pytać. - Jest wspaniały, doskonały i nie wiem, co jeszcze powiedzieć.
- Twoje rzeczy przyjadą za tydzień - wspomniał. - Skontaktuj się ze swoim szefem i powiedz mu, że wychodzisz za mąż i nie wracasz do pracy.
Stacy uśmiechnęła się i odwróciła się do niego.
- O co chodzi? - zapytał. - Powiedziałem coś głupiego?
- Nie, tylko...
- Tylko co?
- Ja już rozmawiałam z szefem stacji.
- Nie rozumiem...
- Złożyłam wymówienie dziś rano, zanim się jeszcze zobaczyliśmy w twoim biurze.
- Naprawdę? - Widać było, że jest bardzo zaskoczony. - Nie wiedziałaś przecież, że tak się wszystko potoczy, więc czemu to zrobiłaś?
- Więc kobieca intuicja jednak istnieje naprawdę? - zażartował.
- Podobno - uśmiechnęła się.
- Cieszy mnie to - objął ją ramieniem. - Spójrz tam - wskazał jej jedną z ostro zakończonych skał. - Tam właśnie jest Wybrzeże Snu.
- Zjemy tam dzisiaj kolację? - zapytała rozmarzonym głosem.
- A moglibyśmy zostać tam na noc? Razem...
- Tak, Stacy - skinął głową i spojrzał na nią.
W jego oczach wyczytała miłość, pożądanie i tęsknotę, więc tylko się do niego przytuliła i spojrzała na horyzont.
Błękitne niebo, lazurowe wody Pacyfiku i złoty piasek, to była jej przyszłość, znacznie lepsza niż trzydziestopokojowa rezydencja Stentona III i dużo, dużo lepsza niż czytanie wieczornych wiadomości. Pomyślała też, że nawet gdyby Josh okazał się Joshem-barmanem, też wolałaby być z nim niż w Nowym Jorku, bo to nie chodziło o to, co robił, tylko o to, że to był on. Po prostu. Dobrze wiedziała, że jeśli tylko on będzie przy niej, ona przy nim zostanie do końca życia. Bo tak jak Wybrzeże Snu zawsze będzie należeć do barwnej Maui, tak jej serce będzie zawsze należeć do Josha Stevensena.

Koniec

29 kwietnia 2000

Marta Bilewicz



poprzednia strona spis treści następna strona