Strona naszego Pisma
karnawał 2001Podziemne Pismo Cyniczne Tajniak przy Tajniak S.A. str.

opowiadania
poprzednia strona spis treści następna strona

Nocny dyżur

Czyli krótka opowieść o długiej przyjaźni... może po części "Wigilijna", oceńcie sami.

Zima tego roku przyszła niespodziewanie późno. Dopiero w przeddzień wigilii spadło trochę śniegu i zrobiło się na tyle zimno, że utrzymana została po raz kolejny tradycja Świąt pod znakiem śniegu i rodzinnych saneczkowych wypadów na górki za miasto. Jak co roku ta mała, nieciekawa poza sezonem letnim miejscowość ożyła nieco za sprawą zjeżdżających do domów rodzinnych "emigrantów" z dużych okolicznych miast, gdzie na co dzień mieszkali z powodu możliwości pracy bądź nauki. Senne zwykle sprzedawczynie nie chcąc ugrzęznąć do wieczora w sklepach z powodu tasiemcowych kolejek, ze wzmożoną siłą uwijały się za ladami, ulice zapełniły się samochodami z rejestracjami z całej Polski i zza granicy, to przybyli na Święta Bożego Narodzenia "mieszkańcy" robili ostatnie przedświąteczne zakupy. Ja również jak co roku przybyłem do domu, by odpocząć nieco od uroków dużego miasta i poleniuchować pławiąc się w świątecznej atmosferze i beztrosce. Jak zawsze drugiego dnia świąt zacząłem odczuwać potrzebę kontaktu z przyjaciółmi, problemem jednak był fakt, że w zasadzie tu, na miejscu ich praktycznie nie było, bo wyjechałem stąd dosyć dawno i przyjaźnie już się niestety zatarły, część ludzi również powyjeżdżała w różne strony... Na szczęście miałem gdzieś w szufladzie stary, wysłużony i w połowie już nie aktualny notesik z adresami i numerami telefonów. Grzebiąc w szufladzie pomyślałem o dawnej znajomej, z którą odkąd pamiętam wiązałem niemałe nadzieje, jednak los zawsze nas rozdzielał, najczęściej rzucając mi lub jej pod nogi różne przedziwne przeciwności. To wszystko teraz stanęło mi przed oczyma jakby to było wczoraj, choć w zasadzie wszystko działo się na przestrzeni kilku lat. Pamiętam nasze pierwsze spotkania, do których okazją były dosyć częste lat temu kilka koncerty i imprezy w naszym ulubionym lokalu - jedynym wówczas w okolicy... z czasem doszło do tego, że imprezy były tylko pretekstem, potem obchodziliśmy się już w zasadzie bez jakichkolwiek zastępczych powodów spotkań. Wszystkie te początki rozbijały się o wzajemną nieśmiałość, brak miejsca spotkań, bo w klubie można było wypić piwko i pogadać a powoli czuliśmy chęć na coś jeszcze, jednak, sam nie wiem czemu, żadne z nas nie odważyło by się wtedy zaprosić drugiego do domu... Potem ja znalazłem pracę, ona z kolei dostała się na studia w innym mieście i nasze spotkania stawały się coraz rzadsze, weekendowe, poza tym nadeszła zima i w parku - drugim po knajpce ulubionym miejscu naszych spotkań przestało być już tak przytulnie i przyjemnie, niesprzyjająca aura pozwalała jedynie na długie, czułe pocałunki. Teraz myślę, że na cokolwiek więcej było jeszcze za wcześnie, ale hormony nie pytały nas o zdanie i tylko brak organizacji uchronił, czy może raczej zabrał nam tą przyjemność. Z czasem znajomość ograniczyła się do sporadycznych telefonów, świątecznych kartek i bardzo rzadkich, często przypadkowych i niezamierzonych spotkań. Któregoś jednak razu, w któreś z kolei wakacje akurat miałem urlop i spotkaliśmy się, chyba poto, by znów poczuć ciarki na plecach i podniecenie na swój widok. Nie było to tylko działanie feromonów, zawsze czułem do niej coś szczególnego, jak zdążyłem się zorientować - ona również odwzajemniała to niepewne coś i tylko los wciąż odsuwał nas od siebie, postępując przy tym bardzo nieładnie i robiąc bolesne niespodzianki. W tamte pamiętne wakacje zgadaliśmy się na wspólny wyjazd w Bieszczady. Załatwiłem sobie wolne dni, skompletowaliśmy niezbędny ekwipunek i ...
Kilka dni przed wyjazdem obudził mnie wcześnie rano telefon.... Nie, nie jedzie... nie może, bo przyjechał do niej właśnie chłopak, były chłopak, z jej uczelnianego miasta... jest właśnie na odwyku bo trochę wcześniej brał i dlatego się pokłócili, potrzebuje jej i jej pomocy a w ogóle to długa historia i zupełnie nie na telefon. Spotkaliśmy się w święta Bożego narodzenia, by zapomniawszy już o tamtej dziwnej i niedopowiedzianej historii, dalej być ze sobą słowem i obecnością w krótkie i zimne świąteczne wieczory... Nogi same prowadziły nas nieświadomych i pochłoniętych rozmową ku alejkom " naszego" parku by znów dać nam do myślenia i podrzucić nowy ale stary już przecież, często omijany temat rozmowy... Opowiedziała mi o tym swoim ponownie już byłym chłopaku i o całej tej dziwnej historii, ja z kolei zrewanżowałem się mglistą opowieścią o moich nieudanych podbojach i związku, w jakim utkwiłem po krótkiej euforii późnego lata spędzonego na wyjazdach weekendowych do pewnej miłości, i pewnego miasta, które oglądaliśmy najczęściej z perspektywy łóżka, leżąc na sobie lub - rzadziej - obok siebie. Święta minęły, a my na pożegnanie obiecaliśmy sobie częstsze kontakty i faktycznie dzwoniliśmy do siebie, spotykaliśmy też, jak była w domu. Wielkanoc w nowym roku przyniosła z kolei u mnie zasadnicze zmiany i tak się stało iż sam wyemigrowałem do innego miasta, niby za chlebem, w rzeczywistości jednak w poszukiwaniu możliwości naprawy jeszcze dawniejszej źle rozegranej miłości... To siłą rzecz oddaliło nas od siebie znowu na ponad rok, nie licząc wspólnych spacerów do parku w Święta Bożego Narodzenia... W wakacje spotkaliśmy się jak zwykle przypadkiem i po kilku dniach spotkań znowu coś zaczęło się pomiędzy nami dziać. Nie myśleliśmy wtedy o swoich własnych powiązaniach i planowaliśmy wspólne spotkanie u niej w mieście, w czasie trzeciego miesiąca wakacyjnej przerwy w nauce studentów. Tym razem los znów okazał nadzwyczajną czujność i niesamowity brak wyczucia i smaku, wysyłając mnie do szpitala na kilka dni przed umówionym spotkaniem. Tak rozwiały się moje marzenia o wspólnych imprezach i może wreszcie wspólnej nocy w jednym łóżku, o czym myślałem coraz częściej, bojąc się tych myśli podczas naszych spotkań. Kolejne zimowe święta jak zwykle spędziliśmy na spacerach pod znakiem sprawozdania z naszego dziwnie nieudanego życia i niepowodzeń lub sukcesów, ona powoli snuła plany w związku z końcem szkoły, ja z kolei pesymistycznie i egoistycznie nastawiony analizowałem wciąż swój nieudany na całej linii związek, w jakim tkwiłem już od lat z uporem godnym lepszej sprawy. Tym razem jednak zatopieni we własnych myślach i nurtujących nas problemach, mniej uwagi poświęcaliśmy sobie i szybko dotarło do nas przykre stwierdzenie, że oto chyba nadchodzi kres naszej dziwnej przyjaźni. Świąteczno - weekendowej, czasem wakacyjnej... Myśląc tak o tym wszystkim doczekałem w końcu chwili, gdy oto na dnie szuflady pojawił się niewielki, zmiętoszony czarno - niebieski notatnik. Zadzwoniłem od razu, jak odnalazłem jej numer. Odziwo była i odczułem w jej głosie chęć rozmowy, zaproponowała pierwsza spotkanie... nie zepsuł mi nawet humoru cierpki jak zwykle głos jej matki odbierającej telefon. Zgodziłem się bez namysłu tknięty jakimś dziwnym, miłym przeczuciem i z niecierpliwością, po odłożeniu słuchawki wyczekiwałem nadejścia nocy, by jak najszybciej położyć się spać i obudzić już jutro.
Dzień był mroźny i trochę sypało śniegiem, ale nic nie było w stanie popsuć mi tego dnia nastroju. Spotkaliśmy się pod naszą dawną ulubioną knajpką, która w ciągu kilku ostatnich lat wielokrotnie zmieniała właścicieli, jednak najważniejsze, czyli wystrój i atmosfera pozostawała o dziwo taka, jak zawsze. Nie doceniliśmy jednak uroków małego miasteczka - okazało się, iż lokal jest zamknięty i po wędrówce po mieście stwierdziliśmy, że pozostałe również odstraszają ciemnymi oknami, pogaszonymi neonami i wywieszkami informującymi o ich zamknięciu. Nie pozostało nam nic innego, jak zdać się na rozmowę i nasze nogi, nieomylnie kierujące nas do parku... Okazało się podczas rozmowy, że jest poniekąd samotna, ja również coraz częściej czułem się podobnie, pomimo uwikłania w swój muzealny już związek nieszczęść i dziwności. Święta te spędzała pracowicie, za siostrę chodziła do pracy, gdzieś na kraniec miasta, by dwanaście godzin, na zmiany w dzień lub w nocy pilnować jakiegoś magazynu. Zgodziła się, bo siostra musiała niespodziewanie, pomimo świąt wyjechać, a zależało jej na pracy, za którą finansowała naukę, poza tym sama mogła dorobić, gdyż jak dotąd nie znalazła jeszcze stałej, dobrze płatnej pracy w swoim mieście. Spacerując tak doczekaliśmy nocy i odprowadziłem ją w pobliże domu, gdzie stanęliśmy jak zwykle w niezręcznej sytuacji nie wiedząc co powiedzieć oprócz słów "miłych snów" czy "dobrej nocy". W końcu chcąc przerwać niezręczną ciszę zaproponowałem spotkanie następnego, już niestety nie świątecznego dnia. Z pewnym ociąganiem w głosie stwierdziła, że najprawdopodobniej jutro będzie szła na osiemnastą do pracy. Szybko spytałem więc, czy można ją tam odwiedzać czując jednocześnie śmieszność tego pomysłu. Ona jednak na przekór moim odczuciom, rozpromieniła się i zaczęła miłym głosem snuć przypuszczenia, że może mógł bym wpaść, może można i miła była by perspektywa spędzenia chociaż kawałka dyżuru na rozmowie z drugą osobą. Uśmiechnąłem się mimo woli, w wyobraźni rozgrywając naraz tysiące scenariuszy jutra i widząc, jak zaczyna trząść się z zimna powiedziałem, że powinna już chyba iść. Gdy odchodziła w stronę domu dodałem jeszcze, że jutro zadzwonię.
Tym razem również nie miałem problemów z zaśnięciem i obudziłem się rześki jak nigdy ze wspaniałym, wyśnionym właśnie snem w pamięci... Od rana biegałem jak głupi po domu nie dając spokoju wybierającym się pierwszy raz po świętach do pracy domownikom, by w końcu znaleźć sobie miejsce przed telewizorem. Z trudem doczekałem godziny siedemnastej, nie zauważywszy prawie powrotu z pracy rodzinki i chwyciłem za telefon, wlokąc go wraz z kilometrem ciągnącego się za nim kabla do swojego pokoju. Jak zwykle odebrała jej matka i po chwili przekazała jej słuchawkę. Rozmowa w była krótka i sprowadziła się po do tego, że poinformowała mnie o tym, że jednak mogę ją wieczorem odwiedzić w pracy... Wytłumaczyła mi jeszcze gdzie to jest i umówiliśmy się na godzinę dwudziestą. Zapomniałem o bożym świecie, o tym, że w zasadzie miałem już dziś wracać do siebie i z niepokojem spoglądałem na zegarek martwiąc się i dziwiąc, że tak wolno mija czas.
Pędziłem jak na skrzydłach i trasę do centrum z leżącego na obrzeżach miasta osiedla pokonałem nadzwyczaj szybko, przed zamkniętą na głucho bramą magazynu zjawiłem się o piętnaście minut za wcześnie. Mimo panującego zimna czułem się świetnie, chociaż od czasu do czasu zaczynałem czuć coś na kształt poczucia winy. Dlaczego? Przecież przyszedłem odwiedzić i podtrzymać na duchu ciężko pracującą koleżankę! O umówionej porze ze stojącego w pobliżu bramy budynku wyszła jakaś owinięta szalikiem i zakapturzona postać, poczym zbliżyła się do bramy. Poznałem ją po uśmiechu, który początkowo próbowała tłumić otwierając przerdzewiałą kłódkę i odwijając łańcuchy. Gdy odezwała się do mnie uchylając bramę promieniała nie kryjąc już radości, aż dałem za wygraną i też zacząłem się prawie śmiać z całej tej sytuacji. Pełna konspiracja - powiedziałem widząc, jak zamyka uważnie bramę, rozgląda się bacznie wokoło i prowadzi mnie do jakichś odrapanych drzwi przybudówki magazynu. Weszliśmy do środka i zaryglowała starannie drzwi. Poprowadziła mnie do pomieszczenia, z dużym oknem wychodzącym na stronę bramy i drzwi magazynu. Odziwo ściany były białe i równe, pod jedną z nich stało nawpół rozłożone prawie nowe łóżko, w kącie stał nieodłączny w takich miejscach elektryczny piecyk, dogrzewający to, niespodziewanie dla mnie, ciepłe i miłe pomieszczenie. Było też niezbędne w takim miejscu wygodne, obrotowe krzesło stojące przy biurku, ustawionym tuż przy oknie, tak, aby siedząc tam widziało się wszystko, co niezbędne. Były też tajemnicze drzwi, prowadzące, jak się później okazało do prysznica i łazienki z ubikacją. Zanim zdążyłem nieco się rozejrzeć i rozsiąść wygodnie na łóżku, zrobiła kawę i niosła dwa gorące, parujące kubki pytając, czy mam na nią ochotę. Odpowiedziałem, że owszem, na kawę też, i wstałem, aby usiąść gdzieś bliżej biurka. Oczywiście okazało się, że nie ma na czym i po chwili niepewności i zakłopotania usiadłem na jedynym w okolicy krześle, a ona bez słowa spoczęła na moich miękkich z wrażenia kolanach... Rozmawialiśmy o różnych bzdurach, wtrącając czasem jakąś śmieszną lub niezwykle śmiałą tezę, aby zaraz odpłynąć zpowrotem na neutralny nurt rozmowy. Wiszący nad oknem ścienny zegar pokazywał mile upływający czas, w rogu grał, mrugając bezdźwięcznie obrazami wyciszony niewielki telewizor, z powierzchni biurka odzywało się przytłumionym głosem spikera stojące tam małe radio.
Pomimo, że kawa dawno została wypita nie zmienialiśmy pozycji, mi było przyjemnie i dobrze, ona siedząc wygodnie dała się objąć i przechyliła na bok głowę... Rozmawialiśmy tak, trwając prawie nieruchomo, o wszystkim, bez ogródek mówiąc o rzeczach i sprawach, których zwykle wstydzimy się w rozmowach, nie pytamy o nie i trzymamy w tajemnicy. Po jakimś czasie przeprosiła mnie, wstała i wyszła, by skorzystać z ubikacji, co wykorzystałem na dorobienie kolejnych porcji czarnej, mocnej kawy i gdy tylko zdążyłem ponownie rozsiąść się wygodnie na krześle, weszła i bez słowa podeszła do mnie by usiąść mi na kolanach, tym razem jednak twarzą do mnie. Buzujące do tej pory na marginesie świadomości hormony wybuchły nagle ze zdwojoną siłą i poczułem jak ogarnia mnie ciepła fala niesamowitego podniecenia, jednocześnie z rumieńcem na twarzy poczułem jak coś rośnie mi szybko w rozporku... musiała to poczuć swoim ciałem, bo przysunęła się jeszcze bliżej i przytuliła pozwalając mi wtulić się w jej jasne, pachnące wiosną włosy. Ze zdziwieniem poczułem, jak delikatnie gryzie zębami i pieści językiem płatek mojego ucha, obejmując mnie mocno i przytulając się tak, że poczułem przez gruby sweter jej falujące szybkim oddechem piersi. Zrobiło się nam ciepło i powoli, nie śpiesząc się zaczęliśmy zdejmować krępujące nas ubrania. Spokojnie, mamy dla siebie całą noc - powiedziała w końcu widząc, jak ugrzęzłem w połowie zdejmowania grubego golfa i wtedy stało się jasne, jakie są nasze intencje i czego oczekujemy po tej pracowitej, zimnej grudniowej nocy. Dalsze słowa, wypowiedziane i tylko pomyślane, wreszcie wykrzyczane i uwięzłe w połowie w gardłach ściśniętych rozkoszą, gesty i czyny, szepty i krzyki dopowiedziały całą resztę.
Słowa te piszę siedząc przy komputerze w moim mieszkanku w tym dziwnym, spokojnym miasteczku, moja przyszła żona właśnie weszła do pokoju z gorącą herbatą i stoi teraz za mną śmiejąc się na wspomnienie tamtych niezapomnianych chwil, obejmując mnie czule za szyję... kusi ciepłym szeptem prosto do ucha... Jest już drugi dzień nowego tysiąclecia, dwutysięczny pierwszy rok, dwudziesty pierwszy wiek. Sylwestra spędziliśmy razem, w moim pustym jak dotąd mieszkanku wybudowanym jeszcze za mojej poprzedniej tutaj obecności i pracy. Tych kilka dni, dzielących Święta i Nowy Rok zmieniło wszystko, ja przeniosłem się zpowrotem do miasteczka, ona znalazła już tutaj pracę. Śmieję się z niej czasami, że awansowała ze stróża na bardzo wysokie stanowisko... Konkretnie o ślubie nie rozmawiamy, wiedząc, że jest to nieuniknione, jednak zupełnie nie konieczne bo i tak jesteśmy i będziemy już razem, tak dobrze nam jest rano przy śniadaniu, wieczorem przy kolacji, nocą przy sobie i cały, cały czas i wszędzie.

Prabuty, 26 grudnia 2000r

Junek



poprzednia strona spis treści następna strona