opowiadania 2000
Międzyczas
Właściwie miałem dziś nie włączać komputera. Pomyślałem sobie, że zrobię to, gdy powrócę do zdrowia, jednak potem inna myśl przyszła mi do głowy, a mianowicie, że ja też tak potrafię. Może nie ma w tym nic odkrywczego, bo przecież znam się na tyle dobrze, by móc napisać o sobie parę słów. Ciekawe czy to samo mogę powiedzieć o tobie, przecież bez tego słowa te tracą sens. Albo ich sens jest taki, że jednak nie potrafię, że tamten facet jest lepszy. Co mi zależy, niech sobie takim będzie, przecież chodzi mi tylko o to, by móc sobie cokolwiek napisać. O mnie i o tobie - a jednak. Smutna piosenka... Tak sobie myślę, że dobrze wiesz o co chodzi i cieszy mnie ta myśl. Może to tylko taka złudna nadzieja, ale przecież gdyby nie ona...
Nie uważasz, że czynię postępy? Nie wydaje ci się, że to też jest kolejny krok w moim rozwoju? A może to tylko powrót do punktu, w którym znajdowałem się nieco wcześniej lub też w którym powinienem się znajdować pomiędzy czasem wcześniejszym a obecnym... Tak, to jest możliwe. Ale czy wyjaśnienie nie tkwi także w chęci ratunku? Byłoby to jedno z nieuchronnych podobieństw, które, skoro wystąpiło, musiało mieć miejsce. Może z powodu mojej nieudolności, a może w wyniku praw rządzących czasoprzestrzenią artykulacji. To jednak jest nieważne. Przynajmniej nie w tej chwili.
Boję się straty. Ciekawe czy zdajesz sobie z tego sprawę. A jeśli tak, to do jakiego stopnia.
Powiedz, czy powinienem używać trudniejszych wyrazów? Bo te może są zbyt proste, bo może ich prostota jest przekleństwem artykulacji? Pytam, bo nie wiem, to chyba logiczne.
Chcą mi ciebie zabrać, a to nie jest sprawiedliwe. Zatrważająca jest przy tym ich technika. Niby nic oryginalnego, bo cóż oryginalnego może być w kłamstwie, a jednak boli. Może nawet tym bardziej. Może być, że jestem przewrażliwiony, że to wszystko nieprawda, że sobie ubzdurałem...
Instytucje totalitarne udają, że ich nie ma. Spychają mój tok rozumowania na pole żartów, humorystycznych wyrażeń abstrakcyjnych. Nawet tu i teraz używając wyrazu "totalitaryzm" udało mi się nieco rozładować potencjalne napięcie. Przynajmniej na to wygląda, widzę bowiem ulgę, jaka spłynęła na ciebie ogarniając twe wnętrze.
Wieść niesie się sama, dlatego wszystkiego dowiadujesz się przed czasem. Stąd te twoje przeczucia. Posądzasz się o posiadanie daru proroctwa? Nie powiem, że sobie pochlebiasz, przecież każdy może to mieć. Nie wierzysz? Nie musisz.
Miałem napisać słów kilka będąc w mieście, które teoretycznie stanowi dla mnie pewne natchnienie. Mnóstwo kurzu osiadło tu tymczasem. Trzeba go było zetrzeć, a następnie zamieszać łyżką. Zupa chyba zgęstniała dostatecznie. Przeciwnie niż moje myśli, które stają się coraz rzadsze. A ty chcesz wiedzieć. Chyba nie mam nic do ukrycia, jest tego tak mało. Trochę za późno. Chce mi się spać.
Ten syf jest chyba wszędzie.
Może nie ma go nigdzie?
Nie miałoby sensu jednak moje ciągłe dmuchanie.
Znalazłem martwą muchę. Problem tkwił w tym, że nie mogłem się jej pozbyć. Przykleiła się jak rzep jakiś. Może sobie poczytam... Jest tyle rzeczy do zrobienia, pomalowania, rozłożenia, zmiażdżenia, stłuczenia i sklejenia. I potargania. I do wybaczenia...
Odnoszę wrażenie, że jestem nieco z boku. Doleję mleka.
Co z ciebie za stróż, aniele, skoro ciągle kopiesz mnie w dupę? Jesteś jakiś blady. Przezroczysty wręcz. Widzę gołębia w lodowatej kałuży na dachu tego garażu za oknem, ale nie widzę ciebie. Odleciałeś sobie tak, jak zrobi to zaraz on. Ech, już go nie ma. Pustka. Zaprzeczanie prawdzie jest najbardziej szczere. Wszystko bowiem jest szczere, tylko że różnie. A najszczersze jest właśnie kłamstwo. Kocham cię.
Słowo. Podobno spadł śnieg. Tu go nie ma, ale możliwe, że jest u ciebie. Nie ma sensu zaprzeczać, jeśli się nie wie. Oczywiście mogę ci nie wierzyć. Śnieg nie spadł, a ciebie zresztą też nie ma. Wszystko, co mówisz, jest kłamstwem. Nie ma sensu mi zaprzeczać, bo i tak nie uwierzę. Wierzę, że nie uwierzę. Wiem to. Trochę zimno się chyba robi. No ale mam nową wodę. To też zawsze jakiś nowy krok do przodu. Kolejny sukces. Mogę sobie pochlupać. Czy jestem gotów na śmierć?
Szczerze mówiąc, nie wiem, nie znam daty... Kupa gówna. Pewnie myślisz, że chodzi o jakiś ważny dzień, może o śluby zakonne, lub jakieś inne, albo też zejście z tego padołu. A przecież znowu o nic mi nie chodzi. No może za wyjątkiem tych wyżej wspomnianych odchodów. Halucynogennych. Znowu zapomniałem zjeść. To niby nic wielkiego, że się nie ma czasu na takie rzeczy. Pozwalam sobie na eksperymenty, jestem przecież fajnym facetem, mam do tego prawo. Społeczeństwo patrzy. Patrzy i ocenia. Płyta miesiąca - kupa gówna. Abstrakcjonizm. Forma z dedykacją dla wszystkich fanów. Tych zagorzałych i tych, którym w zasadzie wszystko jedno. Dla każdego.
Nie będę chodził po kwadracie. Jestem ciekawy czy słyszysz ten sam dźwięk. Myślę o twoich bębenkach. O twoich oczach, które coś widzą.Moje myśli sobie krążą gdzieś po bagnach, jeziorach, szuwarach... Robią to statycznie. Statecznie. Statystycznie. Moje myśli weszły do małego domku. Drewnianego, stojącego w lesie. A może to jednak cegła. Uderzam głową w ścianę, żeby się przekonać. Co tu robi samolot?
Dbaj o siebie. Dla mnie, dla niego... Dla niej. Wracaj szybciej. Boję się.
Z nikim dziś nie rozmawiałem. Tylko z tobą, więc może dlatego tak cicho mówiłem. Głos jakiś taki nieprzyzwyczajony. Ach tak, rozmawiałem też z tą drugą. Wiem, zapach obcej kobiety. Subtelny. Praktycznie niezauważalny, ale przecież nie dla ciebie.
Bohaterowie gówna przekonani o swojej wielkości - wiesz chyba dobrze, że nie piszę o tym, o czym bym chciał napisać, gdybym tylko pamiętał. Zimno jest. Bohaterowie i ich gównoprawda, w którą wierzą lub nie. Poza nią nie mają nic. Sens wiary jest w tym przypadku zaprzeczeniem swojej istoty. Na gównoprawdzie opiera się bowiem gównosens. Droga ta prowadzi do miasteczka w środkowej części kraju . Ulica Gówna, przy której stoją obleśne domki, a mieszkający w nich schludni gnoje oraz ich dzieci, mali gówniarze, podążają nią stale naprzód. Coraz bardziej śmierdzące ciała i przedmioty. Gaszą światła...
Można się przecież cofnąć.
Nie, to niemożliwe. Gówno się klei do rąk. Gównem się tu oddycha. Tutaj się go zjada, a potem wydala i zjada na nowo. I czyta się o nim książki gównianych autorów. Gówno warte recenzje nawołują mieszkańców miasteczka do pasjonowania się nimi albo nie. Muchy są wszędzie, wchodzą nam do uszu, nosów, oczu...
Tydzień temu szedłem tędy w ciemności. Była już noc, stąd ta ciemność. Myślałem, że jakoś to będzie. A może, że jakoś to było, nie pamiętam dokładnie. Chciałem po prostu powiedzieć, że szedłem, a przecież musiałem coś myśleć. Pamiętam, że tym razem na mostku nie czułem smrodu rzeczki. Płynęło nią gówno bardziej zbliżone do ideału niż to wyobrażane sobie przez ciebie i paru twoich znajomych. Włączyłem sobie drugie ciało i szło mnie dwóch. Poczułem podwójną samotność. Każde ja ją czuło i każde z nich włączyło sobie po ciele dodatkowym. Stało się mnie trochę więcej i ugiął się mostek pod mym ciężarem. On niestety był tylko jeden, a mnie ciągle przybywało. Samotność stawała się nie do zniesienia. Tymczasem w oddali zobaczyłem Piotra i Lidię wchodzących do budynku. Ona, farbowana blondynka, weszła pierwsza, a on zaraz za nią. Nie wiem czy to logiczne, ale tak właśnie było. Nie minęła minuta, a Piotr wyszedł, szybkim krokiem oddalił się. Zaciekawił mnie ten fakt, za którego istnienie zresztą wcale nie ręczę. W tym miasteczku wszystko jest możliwe. A raczej wszystko się może przywidzieć.
Uspokój się...
Ktoś powiedział, że szukam umykających wartości. Wyczuł tęsknotę. Tylko nie wiem, moją czy swoją... Podobały mi się te słowa. Poczułem się ważny i potrzebny.
Nic głupszego! Jakaż daremność kryje się w poważaniu. Jakaż beznadzieja jest w tych wyrazach. Były nawet prośby o pomoc - pokaż drogę, wskaż cel, zaprowadź, ratuj, spraw cud, złap za rękę, pomóż latać, daj ciepło, uzdrów, całuj, kochaj, kup coś ładnego, bądź obok... Puste marzenia, odrzucane przy pierwszej próbie ich spełnienia. Mechaniczne czynności, odbicie sfermentowanej mentalności.
Kłamstwo istnieje. Jest to pozytywne ustosunkowanie się do tego, czego nie ma.
Moje myśli krążą wokół osoby czerniawego kota w drewnianym domku nazwanego Noblem.
Wiara w nic, w prawdziwość nieprawdy, pochodzi z chęci odrzucenia zabobonu. W ten sposób mieszkańcy miasteczka nieświadomie stworzyli nowy przesąd. Niebezpieczniejszy po stokroć, bo ukryty w pozorach normalności, realizmu, nauki, zdrowego gównianego rozsądku. Będący wynikiem wiary w tubylcze rozumy. Rozmawiałem z jednym z nich jakiś czas temu. Nie potrafił uwierzyć, że widziałem go parę dni wcześniej czyli dokładnie wtedy, gdy oboje powinniśmy być w dwóch różnych miejscach. Nudziło mi się, więc zaczepiłem go nie wiedząc kim jest, a wtedy on mnie rozpoznał. Nie wiedział, że mam dla niego niespodziankę.
Ale przecież podobnie było z elfką, o której mówiło mi każde stworzenie - może zdaje ci się, że to niemożliwe, ale właśnie dlatego dzisiaj ją spotkasz. Jakże się elfka zdziwiła!
Byłem w lesie (tak, mówiłem już o tym niedawno, ale pasjonujący to dla mnie temat). Było wspaniale, czułem się jak nowo narodzony. Przestałem myśleć - czułem. Choć w taki specyficzny, inny, sposób.
Aha, przypomniała mi się ta kobieta, która od pół roku zwykła wypominać tę obcą niewiastę, którą rzekomo trzymałem za rękę. To nieprawda. Owa kobieta nie mogła widzieć nawet tego, jak wspominana przez nią niewiasta publicznie się do mnie przytulała, a tymczasem mowa jest tu o czymś, co nigdy nie miało miejsca. O co tutaj właściwie chodzi?
No ale wracając do tematu, byłem w lesie i było też tam kilku małych gnojków. Przyznaję, że dopiero w związku z późniejszymi wydarzeniami, doceniłem w zasadzie małą tych szczeniaków ilość. W pierwszym lesie bowiem, w jakim przyszło mi wtedy żyć, byłem ogromnie zdegustowany ich obecnością. Sytuację ratowały inne dzieci, które były pacholętami wiejskimi, i dlatego właśnie nie były tu jako wydalone po uprzednim strawieniu. Może rzeczywiście nie jest to takie oczywiste, bo przecież wieś nie jest żadnym rajem czy też kolebką sielanek, więc z gównem spotykamy się i tam, a jednak muszę stwierdzić, że odchody są na wsi odchodami, a nie produktem spożywczym, więc sytuacja różni się diametralnie tym bardziej, że do owego pierwszego lasku przybyły tylko te wieśniacze dzieci, które bardzo tego chciały. Przyczyn tych chęci dopatruję się raczej w pragnieniu poznania i przeżycia chwil pięknych, a nie tylko fałszywie schludnych.
Jestem głupcem, więc znalazłem tam sobie drzewo. Lubiłem siedzieć na jednej z jego gałęzi, nazywanej Głupią Gałęzią, machać nogami i obserwować otaczający mnie świat. Pode mną ludzie brodzili w ściółce, z trudem przedzierając się w gąszczu wijącej się przyrody, nade mną śpiewały ptaszki co jakiś czas użyźniające glebę, która zdawała się nie istnieć pod niezliczoną ilością liści, gałązek, mchów, grzybów oraz elementów natury, o których nie mam zielonego pojęcia i wcale mi na nim nie zależy, przynajmniej w tej chwili. Uwielbiałem także wylegiwać się w łódce na środku jeziora, które wbrew swej nazwie było dość krótkie, ale moje skromne potrzeby zaspokajające. Pewnie dlatego, że wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z wielkości naprawdę wielkich zbiorników wodnych tego typu.
Miałem też swoją mgłę, ale w niej zbyt często się nie kryłem, bo po co.
Jestem głupcem, więc nic nie stało na przeszkodzie mojemu szczęściu, a także błogiemu lenistwu, jakie mnie ogarnęło. Postanowiłem, dość mimowolnie zresztą, że nie będę zabierał głosu w dyskusjach. Przecież one nie mają sensu, jako że nigdy do niczego nie prowadzą. Są stratą czasu...
Przestało mi zależeć. Nie muszę nic nikomu udowadniać, nic nikomu tłumaczyć, nikogo do niczego przekonywać... Przyjaciele odeszli, jestem sam, a wśród tych drzew jest mi wspaniale. Szkoda tylko, że muchy spać nie dają nad ranem, że budzą się pierwsze i łażą mi po twarzy. Ale to mały problem. Najważniejsze, że nikt na mnie nigdzie nie czeka, nikomu nic nie jestem winny. I ja też niczego od nikogo nie chcę. Przyjaciele odeszli.
Wczorajszy dzień chyba nie istniał.
Zdarzenie, w którym mam szansę wziąć udział. Dziewięćdziesiąte trzecie urodziny pana Władysława. Chyba tylko po to, żeby przekonać odbiorcę kultury multimedialnej, że poetą wielkim był Wojaczek. Ciekawe swoją drogą co by powiedział na to ów artysta. Czy obraziłby się na wieloaspektowy brak kołnierzyka, a raczej za jego obecność pod spodem?
Śniła mi się dziś osoba spotkana w lesie kolejnym. Tym razem sosnowym. Wiadomość o nim, choć niepełna, dotarła do mnie w dniu, który przez jakiś czas zwykłem uważać za najpiękniejszy w moim życiu. Może przesadzałem, a może jednak rzeczywiście coś w tym było, dziś jednak nie pamiętam. Nie potrafię tego ocenić tym bardziej, że później i tak zdarzyło się wiele dużo wspanialszych rzeczy.
Ów las sosnowy rośnie po przeciwnej stronie świata. Tam nawet ludzie są jacyś inni. Choć to sprawa godna głębszych przemyśleń, na które nie mam zbyt wiele czasu. Tym bardziej, że im więcej na ten temat myślę, tym więcej nasuwa mi się szczegółów świadczących raczej o tak zwanej normalności tamtego społeczeństwa polegającej na jego niezwykłej różnorodności. W takiej sytuacji nie będę generalizował i powstrzymam się od wydawania jakichkolwiek ogólnikowych ocen. Faktem jest jednak, że w pierwszym z obu lasów czułem się dużo lepiej, co nie zmienia faktu, że drugi też miał swój urok.
Po tamtej stronie świata jest także miasto. Bywałem w nim ku swej uciesze mając świadomość, że jest to może nie tyle zaprzeczenie, co pewnego rodzaju inne przedstawienie reguły istnienia obsranych miast, przy czym ten "pewien rodzaj" charakteryzuje się jakimś wytłumieniem efektów najbardziej obscenicznych. Może jest więc to jakiś wyjątek dotyczący tej części świata, a może tylko moje wyjątkowe postrzeganie spowodowane miłymi skojarzeniami. Nieważne.
Ważne mianowicie jest to, iż po jakimś czasie tam wróciłem, a zdarzenie to mogło być widziane jako koniec etapu przyjaźni wynikające bezpośrednio z wyrzeczenia się jej. Pogłoski takie się pojawiły i zmartwiły mnie bardzo. To pewnie wina mojej nieudolności. A może czegoś innego... Boli mnie, że na krzywdzące opinie pod moim adresem odpowiadałem osobom je wypowiadającym tym samym. Dostało się też jednostkom nie związanym bliżej ze sprawą, więc pewnie to jest inna historia. Być może zazębiająca się z tą, którą opowiadam. Na pewno tak jest, ponieważ wszystkie sprawy tego świata wzajemnie się przenikają i mają na siebie wpływ.
W międzyczasie byłem nad morzem.
Zapach obcej kobiety w moim pokoju i jej ślady w waszych głowach. Ciekawe skąd się biorą.
Co się z nami dzieje?
Podobno tylko głupcy są szczęśliwi. To typowe dla tego świata, że szczęście nazywane jest głupotą. Tylko tutaj biel jest czernią, radość smutkiem, miłość bólem, dobro złem.
Przyjaźń interesem.
Wszelkie zasady stworzone dla człowieka stały się od niego ważniejsze.
Słowa straciły rację bytu. Nie ma sensu "tak", nie ma sensu "nie". Czegóż można więc oczekiwać po czymś rzekomo ważniejszym, na przykład przyrzeczeniach, przysięgach składanych w obecności świadków?
Nienawidzę, gdy ktoś narzuca mi swój punkt widzenia, swoje zdanie, swój światopogląd. Gdy ktoś nie pytając o zdanie próbuje nauczyć mnie swoich rytuałów, przyzwyczajeń i zabobonów.
Nienawidzę tego świata.
Przez ten czas z uwagą nasłuchiwałem wieści o spadających samolotach. Usłyszałem jednak tylko o będących w takim stanie gwiazdach, ale to nie było to na tyle zajmujące, bym poświęcił mu więcej uwagi. Choć znowu niektórzy zaczęli mówić o końcu. Skąd bierze się ten strach?
Nonsensem jest wszystko co się kończy. Wszystko to jest gówno warte, bo tak naprawdę nie istnieje.
Pośrodku leży gównoprawda. Obłuda.
Nikt z tych, którzy stoją, nigdzie nie dojdzie. Każdy tak będzie stał czekając, aż paranoja okaże się zdrowa, a mądrość pojawi się sama.
Moja niedoskonałość okazuje się nie tylko przekleństwem. Ona jest błogosławionym usprawiedliwieniem moich nędznych poczynań. I nie zamierzam z nią walczyć, przecież nigdy jej nie pokonam. Będę tak stał i czekał, przechodniom podstawiając nogę. Trzeba ich nauczyć rozumu. Niech zapamiętają sobie, że go nie mają. W końcu zdaje mi się, że są na tyle rozumni, żeby to pojąć. Niech leżą twarzami przy ziemi, skoro nie potrafią ustać spokojnie.
Aniele, który twierdzisz, że jesteś fajny, to wszystko twoja wina. Przez ciebie muszę tak stać, bo nie chcesz mnie poprowadzić. Pchnąłbyś mnie chociaż lekko, ale ty ciągle nic. Znęcasz się nad bezbronnym. Wstydź się!
Ktoś przecież powinien, a ja na pewno nie. Jestem niedoskonały, więc nie mam powodu.
Żeby nie mieć powodu, na zawsze zostanę felerny i wybrakowany.
Ani mi się waż czynić mnie lepszym!!!
Piotr przyszedł tam po dwóch godzinach. Wszedł do środka i za pięć minut byli już razem. Jadłem tymczasem naleśnika zastanawiając się co mnie jeszcze w tym dniu czeka. Poddałem się. Niech się dzieje co chce - powiedziałem sobie i przełknąłem ostatni kęs.
A cóż to za odkrywcza myśl, że świat ten jest tylko złudzeniem, że tak naprawdę istnieje coś innego? Nie ma w tym nic nowego, bo czyż nie mówił o tym Chrystus już dwa tysiące lat temu?
Franek Idiota 22.11.1999.
|