opowiadania 2000
Tajne
I Trochę historii
Jak zapewne wszyscy, albo większość z nas wie, pewni ludzie a w szczególności twórcy literatury fantastyczno - naukowej i czasem tzw. "Fantasy" dawno już opracowali i opisali tzw. Światy Równoległe, czyli istniejące jednocześnie z naszą rzeczywistością szarą nierzadko i taką sobie, mające wspólny początek osadzony gdzieś na osi upływającego czasu, czyli krótko mówiąc - w pewnej chwili powstaje sobie świat, w którym nagle coś dzieje się inaczej niż w tym "starym" co pociąga za sobą całą reakcję łańcuchową innych różnych już od swojego pierwowzoru wydarzeń . O mechanizm powstawania tego zjawiska pytajcie fantastów, bo ja po prostu wiem tylko że gdzieś życie potoczyło się innymi torami i jest lepsze (albo gorsze). Cała historia dzieje się właśnie w takim, w pewnym sensie "wirtualnym" świecie i zadziwia swoją innością, choć dla "nas" z tamtej strony dziwne jest wszystko to, co się dzieje teraz tutaj...
Zaczęło się to jeszcze w czasach, o których wielu z nas słyszało tylko od rodziców że takie były, albo wie z telewizji, gdzie "na marginesie" relacji z jednego z krajów sąsiednich ktoś pokazując, czy omawiając tamtejszą sytuację wspomni czasem jeszcze o naszym kraju w latach '80 , że też taki był i były kolejki, pusto w sklepach, hiperinflacja zjadała oszczędności a milicja i tajne służby biły i internowały lub zmuszały do współpracy za "inne" poglądy. Cóż, o takiej przeszłości miło i szybko się zapomina. Wtedy to ruchy opozycyjne nękane i śledzone szukały wytchnienia i pomocy na plebaniach u katolickich księży, których działania jak wiadomo w duchu popierał nasz rodak - Papież i prawie cały Watykan. W pewnej chwili, nie wiadomo dokładnie gdzie, około roku '85 coś pękło, i stało się tak, że księża dotąd rzadko z wiadomych względów otwarcie przejawiający wolnościowe dążenia przejęli powoli działania w swoje ręce. Doskonale wyszkolili kunszt konspiracji i zarządzania podziemiem, dołożyli pół roku nauki w seminarium - na "praktyce" w Watykanie musiał być każdy z nich. W rzeczywistości wracali stamtąd znakomicie przygotowani opozycjoniści, specjaliści od zarządzania państwem i biegli w kontaktach zagranicznych politolodzy w sutannach. Jak można przewidzieć - w roku '89 doszło do przejęcia władzy przez opozycję. Zapoczątkowały to obrady "Brązowego Stołu" ,(u nas był "Okrągły...") nazwanego tak z racji swojego koloru i wystroju wnętrz, w których odbyły się te druzgocące wielu prominentów negocjacje. Od tamtego czasu zmieniło się prawie wszystko, relatywnie i w stosunku świat - powłoka równoległa. Niestety do wersji "elektronicznej" nie dochowały się wszystkie pieczołowicie zbierane materiały, część z nich uległa zniszczeniu podczas powodzi '97 roku, część zaginęła, tak więc zawarta w przekazanych mi do konwersji zapiskach są spore luki czasowe jak i brakuje wielu opisów ważnych wydarzeń. Mam jednak nadzieję, że z waszą pomocą wspólnie odtworzymy tą niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju relację.
II Tajne materiały operacyjne Urzędu Ochrony Pożycia Po Bożemu.
Skopiowano dla celów wewnętrzno - operacyjnych z komputera przenośnego pozostawionego w miejskim szalecie przez zbiegłego poszukiwanego Listem Duszpasterskim Gończym znak kat1230/05/2000 z dnia 01-05-2000 oskarżonego o znieważanie Wartości Chrześcijańskich i szerzenie wypaczających chrześcijańską młodzież tez o ogólnodostępności technik przedmałżeńskiego pożycia intymnego i informacji o skutecznej antykoncepcji jako środku pożycie to ułatwiającym. Dozwolone od stopnia proboszcza w wzwyż. Niestety poszukiwany udał się w nieznanym kierunku uchodząc poprzez okienko wentylacyjne szaletu osaczony na muszli przez Gwardię Przyboczną Jego Eminencji pozostawiając po sobie plecak z komputerem, papier toaletowy "Zewa Softis" koloru różowego metrów 0,20 jak też nieprzyjemną woń i kał koloru brązowego w muszli o nieustalonej bliżej z wiadomych powodów długości. Nadmienia się też o nieuregulowaniu przez zbiegłego opłaty za skorzystanie z klozetu w wysokości dukatów 1.50 słownie jeden dukat i pięćdziesiąt setnych, którą to uiścić należy bez wezwania przy wyjściu z toalety w okienku obsługi. Natychmiast rozesłano Listy Duszpasterskie siecią Katonetu do wszystkich terminali kościelnych na terenie Biskupstwa i Biskupstw ościennych. Powiadomiono również Ojców Kapelanów Straży Granicznej na wypadek prób ucieczki poza granicę Katolandu. Pełna treść Listu Duszpasterskiego Gończego w załączniku numer jeden. W żadnym wypadku nie należy dopuścić do przeniknięcia tych materiałów do ogólnokatolickiej sieci Cenzurkatonetu popularnie zwanym Cenzurnetem, gdyż już raz przez rażące niedopatrzenie jednej z Sióstr Informatyczek informacje te dostępne były przez dwa dni na serwerze Jego Eminencji. Może to tak jak i wtedy spowodować ogniska buntu i szukania złych i nieprawdziwych prawd na temat Katolickiego Rozwoju Rodziny i powstawania sekt głoszących jakoby jedyną słuszną ideę wolności słowa i walczących o zniesienie Naczelnej Kontroli Łoża, które generują kłamliwy obraz naszej Katolickiej Ojczyzny i godzą w Nasze najgłębsze Chrześcijańskie Wartości.
III
List Duszpasterski Gończy
Katoland, dnia 01-05-2000
Znak: kat1230/05/2000
Dotyczy : Dysydent ostatnio znany pod nazwiskiem dwojga imion Marek Maryja Pogan, profesor katedry Łóżkologii Stosowanej tajnego Uniwersytetu Ciała, działający na teranie Biskupstwa Gdańsk i biskupstw ościennych.
Wzrost 180 cm, szczupłej budowy ciała, oczy zielone, włosy ciemne przewiązane z tyłu głowy czarną frotką. Lekko odstający narząd powonienia. Zdjęcie załączone w załączniku.
Poszukiwany za dysydencką działalność na rzecz wolności słowa i swobodnego wyboru partnerki oraz propagowanie w Cenzurnecie kłamliwego obrazu rozpusty przedmałżeńskiego pożycia i ogólnego zniesienia Naczelnej Kontroli Łoża, gorący orędownik masturbacji i antykoncepcji. Nad wyraz przebiegły i cwany, od lat nieuchwytny, burzący sielankowy obraz Katolickiego społeczeństwa Katolandu. Poszukiwany żywy, w celu wymuszenia dodatkowych wyjaśnień i zdradzenia wspólników niecnego procederu dezinformacji.
Poszukiwany dopuścił się wielu godzących w W. C. przestępstw, z których wiele opisanych jest w utworzonych przez niego plikach znalezionych na dysku w laptopie znalezionym w publicznym wychodku. Po złamaniu hasła i rozszyfrowaniu przemyślnych zabezpieczeń udało się wydobyć część plików, które stanowią dodatkowe dowody obciążające poszukiwanego.
Dla pełnego zobrazowania skali problemu postanowiono upublicznić w ściśle określonym gronie kadry kierowniczej pozyskane materiały w całości, bez jakichkolwiek zmian. Z tego też powodu zwraca się szczególną uwagę na niedopuszczenie do rozpowszechniania owych materiałów poza imiennie wskazane osoby duszpasterskie. Wykazy owe sporządzą i dołączą właściwe jednostki terenowe administracji Biskupstw. Wszelkie odstępstwa od wyżej wymienionych zastrzeżeń oraz udowodnione przecieki do środków cenzurowanego przekazu a w szczególności do prasy podziemnej i Cenzurnet-u będą surowo karane do degradacji i wykluczenia z szeregów Duszpasterskich włącznie. Utworzono kopie w ilości odpowiadającej obecnym placówkom, każda posiada odrębne, ukryte cechy jednoznacznie identyfikujące pochodzenie tekstu, co w znacznym stopniu ułatwi wykazanie źródła ewentualnych przecieków.
IV
Plik pierwszy. Oryginalny tytuł brzmi "Zdjęcie Krzyża"
" Leżę ukryty w krzakach miejskiego parku w okolicach Starówki. Powoli robi się ciemno. Wokoło panuje zaduch gnijących zbutwiałych liści, po nogach pełza mi jakieś robactwo, nad głową mam rosnącą z minuty na minutę chmurkę bzyczących wściekle komarów. Leżę tak już parę godzin, od pierwszej po południu i czekam aż zrobi się ciemno, abym mógł niepostrzeżenie opuścić tą nienajlepszą kryjówkę i wreszcie pobiec do domu... Przed chwilą jakiś pijaczyna przyszedł oddać mocz pod krzaczek i prawie udało mu się nalać mi do plecaka, w którym mam komputer, w ostatniej chwili udało mi się go trochę odciągnąć. Wystraszyłbym go , ale wokoło wciąż krążą patrole pingwinów i batmanów oraz straży przybocznej Eminencji, poszukujące reszty sprawców naszej dzisiejszej akcji zdjęcia krzyża ze ściany miejskiego Magistratu. Ktoś nas wsypał, bo normalnie o tej porze wszystko co czarne leży plackiem w kościele i można robić co się chce.
Krzyż odpadł, ale złapali moich kolegów, widziałem jeszcze uciekając jak Agnieszka ratuje się ucieczką do piwnicy pobliskiego budynku wpełzając przez niewidoczne z ulicy okienko, może jej też się udało. Wysłałbym jej SMS-a, ale na pewno ze strachu wyłączyła swoją komórkę i leży drżąc w jakiejś stercie kartonów albo połamanych mebli wśród szczurów i myszy, których tak bardzo zawsze się bała... Szkoda mi jej, to przeze mnie przeobraziła się ze spokojnej, niewinnej dziewczynki w nieustraszoną wojowniczkę o prawo swobodnego seksu i wolności słowa. Poznałem ją rok temu, na jej osiemnastych urodzinach. Zabrała mnie tam Klucha - stara kumpela, której najbardziej przydał by się powszechny zakaz nadmiernego spożycia słodyczy i cukru we wszelkiej postaci. To od niej dowiedziałem się że może być inaczej, pokazała mi inny świat, sposoby omijania zabezpieczeń Cenzurnetu, dzięki niej byłem za granicą, gdzie mogłem na własne oczy zobaczyć wolność... Z racji swojej tuszy nie chodziła z nami na akcje, ale koordynowała nas podłączając się do sieci kamer zainstalowanych w całym mieście. Gdyby nie ona też nie zdążył bym uciec z dzisiejszego kotła pod Magistratem.
A wracając do Agnieszki i jej osiemnastych urodzin... zostałem wtedy u niej aż do rana, wszyscy doczekawszy końca Godzin Snu o piątej rano już wyszli i zostaliśmy sami pośród pustych butelek po alkoholach i nie dopitych drinków, potykając się o pełne niedopałków popielniczki. Była sama w domu, bo jej rodzice poszli na coroczną pielgrzymkę do Jasnej Góry i mieli wrócić dopiero za kilka dni. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i w pewnym momencie zapytała co jest w tajemniczym pudełeczku, które dałem jej w prezencie. Nie otwierała go wcześniej bo spóźniliśmy się trochę z Kluchą i dawno już rozpakowała pozostałe prezenty i po prostu odłożyła moją paczuszkę "na później". Klucha zaserwowała jej oczywiście oprócz kwiatów i kilku płyt z zachodnim zabronionym u nas rockiem wielkie pudło ciasteczek i cukierków, które i tak później prawie w całości pożarła. Zastanawiam się co by było, gdyby jej ojciec nie był właścicielem ciastkarni i sklepu ze słodyczami...
Poprosiłem Agnieszkę aby rozpakowała prezent i po chwili trzymała małe, kolorowe pudełeczko z obcojęzycznymi napisami Condoms na wszystkich bokach. Podekscytowana zajrzała do środka, wyjęła jedną z saszetek poczym odłożywszy ją wciąż nic nie rozumiejąc sięgnęła głębiej po karteczkę z instrukcją obsługi... Rozłożyła ją i spłonęła. Wielki rumieniec spłynął jej na twarz. Ale... po co... nie dokończyła i po chwili w jej posmutniałych nagle oczach pojawiły się łzy. Na karteczce były rysunki jednoznacznie informujące o sposobie korzystania i umiejscowieniu znajdujących się w saszetkach "baloników". Powiedziała mi wtedy że jest niewinna i nawet nie za bardzo wie jak TO się robi, poza tym to przecież grzech... Roześmiałem się cicho i powiedziałem że dużo się jeszcze musi nauczyć. A jak by kiedyś chciała to służę pomocą w zdobywaniu informacji no i doświadczenia... Otrząsnęła się szybko i wyciągnęła zza książek stojących w biblioteczce ukrytą butelkę przemycanego zza granicy alkoholu. Zrobiła mocne drinki i gdy już popijaliśmy je siedząc obok siebie w miękkich objęciach obitej skórą sofy, powiedziała jąkając się i co chwila robiąc przerwy na zaczerpnięcie tchu, że rodzice wrócą za parę dni i jak bym chciał to mogę jeszcze nie iść do domu... I nagle wypaliła, że chciała by zobaczyć jak korzysta się z mojego prezentu... Objąłem ją ramieniem i uśmiechnąłem się do niej mówiąc że jeżeli tylko chce, zrobię wszystko, na co ma ochotę i na co nie ma też, bo może o czymś po prostu nie wie... Po chwili wstała i zamknęła wszystkie zamki wejściowych drzwi, poczym poszliśmy do łazienki, gdzie przy zgaszonym świetle wzięliśmy szybko orzeźwiający prysznic i ani się obejrzałem jak stanęliśmy w progu sypialni, a Agnieszka w ręku trzymała tajemnicze pudełeczko... Nie ma co, z dumą mogę powiedzieć, że "stworzyłem potwora", bo gdy już minęły pierwsze bóle zasmakowała i wciąż nie ma dość. Byliśmy nawet razem u znajomego ginekologa, który za odpowiednim wynagrodzeniem załatwił Adze tabletki antykoncepcyjne i zbadał ją, bo nigdy przedtem nie miała okazji tego zrobić. Cóż - jej rodzice są bardzo oddani wierze i panującym rygorom ... Klucha się trochę na mnie obraziła. Myślę że po prostu jest zazdrosna, bo już nie spędzam u niej tyle czasu co kiedyś, ograniczając się jedynie do wizyt i spotkań poprzedzających akcje i działania na rzecz Wolności Słowa i zniesienia Naczelnej Kontroli Łoża.
Tak się zatraciłem we wspomnieniach, że przestałem zwracać uwagę na otoczenie i nie czułem nawet robactwa wpełzającego mi z uporem za koszulę i w nogawki spodni. Przegapiłem też moment zachodu słońca i gdy w końcu jakiś zabłąkany pies próbujący obsikać mój plecak wyrwał mnie z letargu uświadomiłem sobie że jest już ciemno i mogę iść do domu. Parkowe alejki rozświetlały jedynie nieliczne sprawne latarnie a po prześladowcach nie było już dawno śladu, nawet ich zapach zdążył się ulotnić. Wszyscy przecież wiedzą że "powiązani" wyznaniowo a szczególnie ci z niższego personelu mają słabość do wątpliwej jakości wód kolońskich, perfum i w ogóle wszystkiego co nazywa się "Papa Spice". Fuj... śmierdząca włoska tandeta. Wstałem przezwyciężając drżenie odrętwiałych kończyn i wywijając poły koszuli wykonałem szalony taniec otrzepując się z zalegającego pod garderobą wszelkiej maści robactwa i insektów. Powyjmowałem z włosów zabłąkane liście i łodygi poczym spokojnym krokiem wyszedłem na jedną z alei prowadzących ku głównej ulicy miasta. Po drodze wyjąłem z plecaka telefon i majstrowałem przy nim przez chwilę wysyłając do Kluchy krótkiego SMS-a, poczym wykręciłem numer Agnieszki. Oczywiście miała wyłączony telefon, więc zostawiłem jej krótką informację o tym, że żyję i będę u Kluchy, jak może niech się odezwie. Zapomniałem wcześniej uprzedzić ją aby zamiast wyłączać telefon przestawiła go na dzwonek wibrujący. Cóż może następnym razem sobie przypomnę. Jeżeli będzie następny raz - prawie wszystkich złapali... Siedząc już na przystanku i czekając na tramwaj doznałem olśnienia... Przecież Klucha może być już spalona ! Jeżeli ktoś się wygadał, albo miał domowy numer Kluchy w telefonie... Szybko wyszarpnąłem telefon i wybrałem numer Agi. Tym razem był już włączony ale nie odbierała. Wykrzyczałem więc do jej skrzynki żeby pod żadnym pozorem nie szła do Kluchy i biegiem przez torowisko popędziłem do budynku, w którym może jeszcze się chowała... Kopnięciem otworzyłem drzwi do piwnicy i zbiegłem po schodach nie zapalając światła. Skręciłem w prawo i pobiegłem po omacku w mroku aż do zakrętu korytarza. Gdy wbiegałem za róg usłyszałem nagle jakieś szurnięcie, potem usłyszałem i poczułem jednocześnie duży trzask jakby łamanego kija lub deski i zrobiło się nagle jasno... jakieś błyski, białe i czerwone kręgi... ocknąłem się w pozycji leżącej, z głową na czyichś kolanach. Było cicho, ciemno i bardzo bolała mnie głowa. Poczułem jak jakaś dobra ręka kładzie mi na czoło coś chłodnego i mokrego... Poruszyłem ręką chcąc sięgnąć do czoła gdy usłyszałem głos Agi. Powoli, jak zza mgły docierały do mnie jej słowa, z trudem układały się w zrozumiałą całość. Przepraszała mnie... myślała że ją znaleźli i chciała się bronić... było ciemno i dopiero jak upadłem zobaczyła że to byłem ja... Z trudem wyjąkałem tłumiąc ból, że Klucha chyba jest spalona poczym odpłynąłem w błogi stan nieświadomości."
V
Plik drugi. Oryginalny tytuł brzmi "W.S.W."
"Któregoś dnia, zdaje się że była to sobota , siedzieliśmy z chłopakami i Agnieszką u Kluchy i nudziliśmy się przy piwku "Boży Dar" po dwa trzydzieści butelka, naszym najnowszym odkryciu kulinarno - trunkowym i gdybaliśmy jak by tu rozpowszechnić nasze skromne zasługi w walce z powszechną Naczelną Kontrolą Łoża i o Wolność Słowa. Padały propozycje umieszczenia informacji na zagranicznym serwerze, którego nie mogą tak łatwo kontrolować jak w kraju i kasować tego, co chcą, ale teza zaraz upadła bo mogą przecież zablokować wyjścia pod ten adres, tak jak robili to z naszymi stronami umieszczanymi już przedtem przed ich skasowaniem. Wysyłanie maili z opcją samorozsyłania też niewiele dawało bo ludzie bali się, że po adresie nadawcy dojdą kto je czyta, poza tym naraża się innych, niewinnych a opcja wysyłania większej liczbie osób była wyłączona i blokowana na serwerach w każdym węźle i na wejściach do sieci... Drukowanie papierowych ulotek już kiedyś przerabialiśmy, do dzisiaj wysyłamy do klasztorów karnych paczki naszym kolegom z drukarni... I nagle zrodził się z tej burzy mózgów pomysł Wirtualnego Serwera Wędrującego, czyli takiego, który ma zawsze ten sam adres, ale nie wiadomo gdzie jest, bo sam się przemieszcza po sieci losowo wybierając miejsca wgrania się na pewien czas i to do tego po kawałku na różne komputery. Zostawia za sobą przekierowania, ale jest na tyle szybki że zanim Siostry Informatyczki z Kontroli Cenzurnet-u go namierzą już jest gdzieś indziej. W razie utraty kawałka danych ściąga kopię z zagranicy, z adresu, który ma wbudowany i nikt poza nami go nie zna a więc jest bezpieczny, poza tym rozwiązany jest dzięki temu sposób aktualizacji i wprowadzania nowych stron. Dane są oczywiście szyfrowane i niepełne, a więc nie wzbudzają niczyich podejrzeń. Pomysł wydał się nam na tyle ciekawy że już po tygodniu Klucha z rumieńcami na twarzy prezentowała nam , na razie offline - owo grafikę, teksty i zdjęcia, a po następnych kilkunastu dniach ogólnolandowa prasa nagłówkami na pierwszych stronach krzyczała o kolejnym zbereźnym ataku plugawego podziemia na Katolandzki Cenzurnet, nieopatrznie podając wszystkim zainteresowanym na swych łamach adres: www. wsw.kat ! Pełen sukces, serwer hula już od miesiąca i jak dotąd nie jest zagrożony, a licznik wizyt, liczący do stu tysięcy, przekręcił się już kilkanaście razy do końca! Dla żartu umieszczamy czasem bannery reklamowe firm, których nie lubimy i muszą się potem niewąsko tłumaczyć ze współpracy... ha ha ha... A my jak gdyby nigdy nic chodzimy co niedziela do Świątyń służyć jako ministranci, śpiewamy w chórze i czytamy listy apostolskie, po mszy aktywnie bierzemy udział w kółku różańcowym... Dzięki temu chłopacy unikają wszelkich podejrzeń a proboszcz za wybitne udzielanie się w wierze wystawił chłopakom zwolnienie z wojska na czas nieokreślony. Poza tym jesteśmy na bieżąco zorientowani w tym, co robią nasi "sprzymierzeńcy". Ostatnio w przykościelnych kołach Cenzurnet-owych zainicjowano rozmowy na żywo z innymi parafiami, zapewne w celu odciągnięcia młodzieży od niezdrowych informacji spod adresu w.s.w.kat. Pozakładano też programowe blokady wyjścia pod ten adres w terminalach, ale zawsze są jeszcze komputery w domach wolne od jakichkolwiek zabezpieczeń... Ostatnio mówi się o wirusie przyklejającym się do systemowych przeglądarek, mającym jakoby blokować dostęp do naszego adresu na terminalach prywatnych. Oczywiście oficjalne programy antywirusowe go nie wykrywają, ale dmuchając na zimne wymyśliliśmy z Kluchą wirusa - upgrade'a, który przykleja się do programów antywirusowych i powoduje wykrycie wirusa kościelnego, w objaśnieniu nazywając go żartobliwie "Szpiegiem Biskupa v 1.0" i w jego działaniach podaliśmy szpiegowanie terminali prywatnych oraz blokadę naszego adresu. Kolejny bodziec dla ciekawskich - co też chcą zablokować tym razem w tak przebiegły sposób? - najprościej sprawdzić wpisując adres www... . Niezłe, co? W nocy przeprowadziliśmy zamaskowany zmasowany atak na wszystkie strony producentów "Antywirusów" i dołożyliśmy nasze "trzy grosze" do uaktualnień. Czas pokaże kto na tym lepiej wyjdzie - My czy oni.
Po tygodniu "Trzy Grosze" meldowały się nam z całego kraju, instalując się wraz z uaktualnieniami i z zapałem wykrywały "Szpiega Biskupa" u wielu, wielu osób. Oczywiście meldowały pośrednio poprzez W.S.W. modyfikując Wirtualny Licznik krążący po sieci, który z kolei czytała sobie kolejna, nowsza wersja naszego W.S.W. i jego stan podawała na jednej ze swoich nowych stron." VIPlik trzeci. Oryginalny tytuł brzmi "Dupa Biskupa"
"Zimą, jak to w zimie - w dni powszednie po pracy lub szkole pozostaje jeszcze trochę czasu wolnego przed zmówieniem wieczornej modlitwy i pójściem spać wraz z rozpoczęciem Godzin Snu o godzinie 23-ciej. Można wtedy, gdy pogoda za oknem nie jest zbyt zachęcająca na wieczorny spacer, po prostu wcześniej położyć się spać, odrobić lekcje, a ci, którzy nie zrobili jeszcze tego w pracy - mogą zmitrężyć pozostały czas nadrabiając zaległości w lekturze codziennej prasy. Dla nas ciekawa i miła jest perspektywa spędzenia kolejnego twórczego wieczoru w domu u Kluchy, gdzie prawie co dzień zbieramy się spontanicznie niczym na zebraniu tajnych sił Wolnego Słowa. Przychodzą nam do głowy coraz bardziej śmiałe i co najważniejsze - mimo panującej przygnębiającej zimy ciągle świeże i tchnące radością pomysły. Tak narodził się pewnego wieczoru projekt "Dupa Biskupa". Zaczęło się prozaicznie - otóż jeden z kolegów przyniósł ze sobą do Kluchy miniaturową kamerę z nadajniczkiem radiowym o zasięgu kilkunastu metrów. Wszystko ładnie zapakowane w niedużą, mosiężną rurkę z miejscem na bateryjkę i mikrofonikiem w środku. Całość lekka, mała i wodoszczelna, do tego wokół obiektywu były diody świecące w podczerwieni, oświetlające na kilka metrów w przód, załączane automatycznie przy zapadnięciu ciemności. Odbiornik miał małą, wysuwaną na zewnątrz, teleskopową antenkę, zasilanie z umieszczonej wewnątrz bateryjki i standardowe wyjścia wizji i fonii. Obraz oczywiście był w kolorze i w miarę dobrej jakości. Kupił to okazyjnie w jakimś komisie, gdzie leżało pod nazwą bliżej nie sprecyzowanej "latarki z włącznikiem na pilota" w dodatku rzekomo zepsutej. Były dwie, za śmieszne pieniądze. Podłączyliśmy zaraz odbiornik do monitora i zabawialiśmy się w zaglądanie w oczy i tym podobne historie. W pewnej chwili któryś z chłopaków udał się do ubikacji... Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, Klucha ze zwinnością baletnicy wyrwała mi z ręki kamerkę i potoczyła się w stronę toalety, poczym bez żadnych skrupułów przytknęła obiektyw do dziurki od klucza pod klamką... Widok był możliwy do przewidzenia. Wszyscy ryknęli śmiechem i Klucha szybko oddaliła się od drzwi, w samą porę by uniknąć niechybnego zderzenia z wychodzącym właśnie z łazienki kolegą. Na widok jego niewinnej i zdziwionej naszymi spojrzeniami miny znów ryknęliśmy gromkim śmiechem. Gdy już nieco nam przeszło a Klucha wydobyła z jednej z przepastnych kieszeni swoich nieodłącznych już ogrodniczek sfatygowaną chusteczkę, wytarła cieknące po twarzy łzy i oplutą brodę wyjaśniliśmy co się działo, gdy kolega w poczuciu pełnej dyskrecji i intymności przeszukiwał rozporek w poszukiwaniu wiadomo czego w celu zaspokojenia nagłej potrzeby fizjologicznej. Cóż - każdy by się oburzył więc nie mieliśmy mu za bardzo za złe, gdy miotał się krzycząc i rzucając na lewo i prawo obelgi, jakie przyprawiły by o ból głowy i niestrawność nie jednego duszpasterza. Gdy już trochę ochłonął i zmęczony opadł na fotel popatrzył po nas bez słowa dziwnym wzrokiem i powiedział dwa magiczne słowa: "Dupa Biskupa" Myślę że wszyscy zrozumieli jego intencje, bo ciszę przerwał nagle potężny śmiech i dopiero zapłakana i opluta Klucha zdołała przywrócić nas do jako takiego porządku zasłaniając się lubiącymi ciszę sąsiadami. Nikt się tym zbytnio nie przejął, po części dla tego, że wszyscy wiedzieli doskonale że Klucha mieszkając w wolnostojącym domku sąsiadów za ścianą mieć raczej nie może... Na drugi dzień poszedłem do Miejskiej Biblioteki, gdzie udało mi się skopiować kilka rzutów planów budowlanych Biskupstwa - najbardziej okazałej budowli postawionej ostatnio w naszym mieście. Nie licząc oczywiście kilku nowo wyświęconych w tym roku kościołów. Było to nieco ryzykowne, ale niestety dane architektoniczne nie zostały jeszcze udostępnione w Cenzurnecie. Dla czystego sumienia zmieniłem trochę wygląd i kolor włosów oraz stałem się studentem trzeciego roku architektury piszącym pracę na temat budowli sakralnych na przełomie wieku. Jak zawsze zadziałało i wszelkie zbiory stanęły przede mną otworem. Kilka dni później wykonałem jeszcze kilkaset kopii różnych budynków i miejskich kanałów oraz z rozpędu paru szaletów stojących przeważnie na obrzeżach parków i terenów zielonych w całym mieście. I tym razem Klucha okazała się niezastąpiona. Przejrzała i wykasowała wszystkie nagrania z moją osobą w bibliotece i okolicy, szperając w danych serwerów Ochrony Gwardii Eminencji. Nie zapomniała też o komputerze bibliotecznym i skrzętnie usunęła wszystkie dane o mojej wizycie. Dostała ode mnie za to wielkie pudło pełne Delicji i nadziewanych czekoladek. Siedziała teraz z rozmazaną na buzi czekoladą i jedną ręką sięgała co chwilę do pudełka, podczas gdy druga niezależnie klepiąc w klawiaturę uczestniczyła w misterium przygotowującym nasz spektakl. Następnego dnia w pilnie strzeżonym budynku wystąpiła zaplanowana awaria w jednej z ubikacji i już po chwili pojawiła się ekipa naprawcza... Było to na piętrze zajmowanym w całości przez dzienne gabinety i salony Jego Eminencji. Wieczorem czekaliśmy skupieni przed monitorem na efekty całodziennej pracy. W ciągu kilku godzin mieliśmy nagraną i dupę i ku naszemu zaskoczeniu jednego z sekretarzy rżnącego zgrabną i młodą sprzątaczkę... Na drugi dzień zdemontowaliśmy aparaturę i po usunięciu wszelkich pozostawionych śladów czekaliśmy na odpowiednią okazję i sposobność zaprezentowania zaopatrzonych w odpowiedni komentarz nagrań. Była to transmisja z Watykanu, oglądana powszechnie w całym Katolandzie." VII
Plik czwarty. Oryginalny tytuł brzmi: "Po akcji."
"Ocknąłem się z wielkim bólem głowy na tylnym siedzeniu jadącego samochodu. Obok siedziała zatroskana Agnieszka i trzymając moją głowę na kolanach cały czas podtrzymywała ręką kompres umieszczony na moim obolałym czole. Okazało się że jedziemy taksówką do Kluchy. Była bezpieczna, bo telefon założyła na lewe dokumenty w innej części miasta i przekierowywała połączenia do siebie aparaturą, którą mogła w dowolnej chwili zdalnie zniszczyć uniemożliwiając odkrycie czegokolwiek poza kupką zniszczonych elementów elektronicznych i anteny. Pomyślała o wszystkim, wiedząc że paczki ze słodyczami w klasztorach karnych są zakazane... Agnieszka dzwoniła do niej i stąd wiedziała, że możemy tam pojechać. Jakoś dobrnąłem do drzwi domku i po chwili byłem już układany wygodnie na sofie i faszerowany środkami przeciwbólowym i zmniejszającymi opuchliznę... Zapadłem w niespokojny sen, śniło mi się że stoję z Agą i resztą chłopaków pod czerwoną, surową ścianą a za sobą słyszę dźwięk przeładowywanej broni i szykuję się na śmierć... Obudziłem się nagle czując na twarzy podmuch ciepłego powietrza - To Agnieszka pochylając się nade mną poprawiała mi osuwający się z czoła wilgotny kompres. Nie ma co, przyłożyła mi pierwszorzędnie. Zdążyła już pokrótce streścić wszystko i Klucha siedziała teraz klepiąc gorączkowo w klawiaturę lecz po chwili smutnym głosem stwierdziła że nic z tego, odcięli dostęp do nagrań sprzed magistratu. Pewnie je teraz przeglądają. W tej samej chwili odezwał się mój telefon i okazało się że to dzwoni system alarmowy z mojego domu, ktoś się po prostu włamuje. Wiadomo było kto to może być. Postanowiłem na jakiś czas wyjechać za granicę, może jak wszystko przycichnie uda się jakoś wrócić. Zaczęliśmy załatwiać przerzut za granicę dwóch osób, choć Aga protestowała wiedziałem jednak że nie może teraz zostać w kraju, bo może się to dla niej źle skończyć."
Junek
|