odczucia
ARMIA,
Kraków, klub Szpal (dawniej Miasto Krakoff), 3 czerwca
2003
Mimo niewielkiej promocji towarzyszącej
koncertowi Armii w Krakowie, klub Szpal na ul. Łobzowskiej
zapełnił się całkiem przyzwoicie, co należy odnotować
z tym większą starannością, że bilety kosztowały 20 zł,
a klub nie należy do małych. W ostatnich miesiącach zobaczyć
Armię na żywo było właściwie niepodobieństwem, bo zespół
swą aktywność koncertową wyraźnie wstrzymał, choć wiadomo
przecież, że powstaje materiał na nową płytę i znany jest
już nawet jej tytuł: Pocałunek mongolskiego księcia. Na
koncercie można było usłyszeć dwa nowe utwory, które dają
niejakie wyobrażenie o kierunku w jakim podąża Armia.
Były to bardziej humorystyczne niż patetyczne piosenki
z mocnym ramonesowskim brzmieniem, co może kojarzyć
się z najwcześniejszym etapem w historii zespołu
(cztery lata temu ukazała się reedycja debiutanckiej płyty
Armii z 1987 roku).
Zaskoczyć mogła ilość starego materiału
w repertuarze. Dominowały piosenki z wczesnych płyt: Aguirre,
Niewidzialna armia, Opowieść zimowa, Niezwyciężony, Jeżeli,
Zostaw to. Już sam początek był pod tym względem znamienny,
bo oto pojawiło się To, czego nigdy nie widziałem z płyty
Legenda, czyli coś, czego bardzo dawno nie słyszałem w
koncertowym wykonaniu. Jedynym wspomnieniem świetnej przecież
płyty Triodante był fragment Miejsca pod słońcem połączony
z motywem XYZ (z repertuaru Rush). Z płyty Duch był co
prawda Pięknoręki, Soul side story i On jest tu, ale kiedyś
materiał z Ducha bardziej obficie wypełniał czas koncertu.
Także z ostatniej płyty Droga niezbyt wiele można było
usłyszeć: Dom przy moście, Buraki kapusta i sól. Jaki
z tego wniosek? Armia prawdopodobnie szuka inspiracji
dla nowych zamierzeń w swych muzycznych korzeniach
i rewaloryzuje kompozycje, które wielbiciele zespołu odłożyli
już do lamusa, bo znane im były właściwie wyłącznie z przykurzonych
płyt, a nie z żywych wykonań.
Tymczasem armijna przeszłość wraca i
to wraca w wielkim stylu. Warto jednak mieć nadzieję,
że Armia nagra jeszcze kiedyś płytę tak spójną jak Triodante
i tak dynamiczną jak Duch, aby Budzyński nie musiał po
latach przyznawać, że najbardziej udanym wydawnictwem
w historii zespołu była Legenda, która dziś ma kilkanaście
lat.
Jeśli chodzi o brzmienie, Armia jest
raczej w dobrej kondycji. Po raz kolejny sprawdziła się
zasada, że ten zespół wiele lepiej wypada w klubach niż
plenerze, gdzie część czadu ulatuje w przestworza. Co
się zaś tyczy samego składu ekipy, to cieszyła obecność
waltornisty Banana, który jest jednocześnie waltornistą
i gitarzystą Kultu, więc choćby tylko z tego powodu nie
zawsze towarzyszyć może zespołowi Tomasza Budzyńskiego.
Nie dało się jednak ukryć braku Popkorna, który jednocześnie
będąc gitarzystą Acid Drinkers choćby i z tego
tylko powodu nie zawsze być może, a zapewne są i inne
powody dla których musiał być zastępowany przez Klimczaka
i Drężka. Poza tym szkoda, że nie usłyszeliśmy nic z solowej
płyty Budzyńskiego Taniec szkieletów i lepiej nie wiedzieć,
co zagrali na ostatni bis. Ale w zasadzie było dobrze,
a nawet bardzo warto.
Krzysztof Fiołek
|