co u nas | koncerty | spektakle | wiadomości | Radio Tajniak | malarz seba | kącik mnicha | komiksy | Tajniaki archiwalne | wydanie aktualne :P
księga gości | Koherencja | Banda Idiotów | Armia | subskrybcje | redakcja | linki | archiwum łapy precz od 3 | Tajniaki Roku






podziemna rozdzielnia eteryczna TAJNIAK przy Tajniak SA




kup komiks


Tupet słupka


Pierwszy raz kiedy szedłem tą dolinką, zdawało mi się, że podobne miejsca miałem okazję nawiedzać dwa lata wcześniej, gdy przebywałem na urlopie w Kanadzie z okazji konkursu na najlepsze opowiadanie młodej generacji z dziedziny niezaangażowanych. Imprezę zorganizował tamtejszy burmistrz, który przy okazji ufundował nagrodę.
Problem całej tej historii wydał mi się zbyt wyszukany. Rozmyślałem o nim, jak i o samej sprawie, której dotyczył, słysząc jak z radia dobiegają dźwięki niezbyt określone. Rozmyślania mieszały mi się więc z obrazami, jakie układała ma podświadomość, w kontakcie z pulsującą muzyką niewiadomej treści. Po paru minutach spiker stwierdził, że jest już grubo po północy i on idzie do domu. Słuchacze zamarli - tak sobie pomyślałem, choć pewnie wielu ich nie było, skoro było już tak późno.
Wyszedł po prostu i nawet nie włączył czegoś, żeby rozładować napięcie i uśpić czujnych fonoamatorów. Kiedyś na zakończenie dnia antenowego puszczało się hymn i konserwowało się nadajniki, jednak teraz chyba spikerzy zapomnieli o tej pięknej tradycji.
Śpiący i rozmyślający zgoła o czym innym sam już nie wiedziałem, czy kogoś to jeszcze właściwie obchodzi... Może wszyscy już śpią wtuleni w co tam mieli pod ręką, a może wręcz przeciwnie - gromada spragnionych dźwięków i treści alternatywnych ludków sposobiła się w nerwach do kontrataku?
Zdałem sobie sprawę, że właściwie muzyka jakoś na mnie działa. Ogarnęło mnie lekkie wzruszenie chyba, bo dźwięki coś mi przypominały. Coś odległego i pięknego. Czasem miewam takie chwile w życiu, gdy muzyka wywołuje we mnie przemiłe skojarzenia i czuję się oddany przedziwnym i cudnym zarazem siłom magicznym.
Przy czym magia nie oznacza tu czarnoksięskich ani mrocznych sztuczek. Chodzi raczej o cuda. Zwyczajne i prawdziwe cuda, które swym pięknem i mocą wprawiają w osłupienie najczarniejsze czary i uroki.
Z braku właściwej diety i pomysłów, leżałem tak sobie bezsennie i rozmyślałem o sprawie, której dotyczył problem. Gdybym może spożywał więcej słusznych mineralnych składników, zasnąłbym od razu i nie wierciłbym się tak, a i myśli moje znalazłyby ukojenie w wyśnionych majaczeniach. Tyle mam szczęścia przynajmniej, że na koszmary senne nie narzekam, jeśli już uda mi się zasnąć.
Kiedy robiłem sobie herbatę, z cukru wyleciała czarna kropka. Strząsnąłem paproch do zlewu, bo był pod ręką, i wyszedłem z gorącym kubkiem do pokoju posiedzieć sobie spokojnie w fotelu.
Długo rozmawiałem z robotem. Wieczorem zwątpiłem w jego inteligencję. Zaczął mi śpiewać jakąś staroświecką piosenkę. Fałszował.

* * *

F. przeszedł środkiem parkingu. Trochę dla niepoznaki, a po trosze z fantazji. Zmęczony był już tą ciągłą ostrożnością. Zdając sobie sprawę z tego, że może go to wkrótce zgubić, dawał ponosić się dekoncentracji - chodził w sandałach, rzadziej się golił, czasem nawet użył psychomobila w publicznym miejscu. A przecież słupki kontrolne nie śpią. Stale skanują rzeczywistość miejsc ogólnie dostępnych. Przynajmniej teoretycznie. Takie czasy niestety. Inwigilacja, tajniacy i słupki kontrolne były na porządku dziennym.
Ostatecznie co do słupków zdania były podzielone i ewentualnie można było się zgodzić, że nocą prawdopodobnie je wyłączano w celach oszczędnościowych. Niektórzy twierdzili, że także za dnia. Ale co z tego, skoro praktycznie nikt nie wiedział kiedy ucho słupka nasłuchuje, kiedy oko patrzy.
Przeciął więc parking i przemknął między samochodami osobowymi niektórym przekręcając lusterka, innym wkładając ulotki pod wycieraczki, jeszcze innym myjąc szyby niepostrzeżenie lecz za drobną i dobrowolną opłatą.
Wszedł w uliczkę, skręcił w pierwszą przecznicę otwierającą drogę na rynek i minął grupkę rastamanów, którzy śpiewem modlili się o kolejny deszcz konopny. Jednostki te, nazywane z pomieszania gatunków przez innych obywateli hipisami, wystrojone były w kolorowe wełniane swetry i nie posiadały obuwia. Deszcze konopne czasem spadały - wtedy rastamani zaszywali się w ciemnych zakamarkach ulic i uprawiali swój nielegalny proceder palenia.
F. przeszedł przez rynek i skierował się w ulicę skierowaną ku zachodnim peryferiom. Po dziesięciu minutach, kiedy dziurawy asfalt przeszedł w asfaltowe dziury minął chłopa ciągnącego krowę z pastwiska. Spojrzał z niesmakiem to na niego, to na zwierzę, jakby przewidział niefortunny rozwój wypadków i ich niesamowite konsekwencje, które miały zbić z tropu niejednego historyka, znawcę sztuki lub zachowań społecznych, przedstawiciela mediów czy politologa lub ekonomistę.

* * *

Prezes prawie wcale nie wstawał już ze swego wygodnego fotela. W sensie jak najbardziej dosłownym. Obejrzał w dzieciństwie parę filmów, przeczytał kilka książek i coś się zrodziło w jego prostym umyśle. Zainteresował się mediami - spojrzał na telewizję, posłuchał radia, nakupował górę dzienników, tygodników, miesięczników... Żadnych tam brukowców! To wszystko były pisma kulturalne, na poziomie, a lektury i programy oczywiście polecane przez ministra edukacji. W końcu doszedł do wniosku, a potem się jeszcze w nim utwierdził, że świat jest piękny. Plusy przedstawione mu przez myślicieli aż tak przesłoniły mu zło tego świata, że zatopił się pewnego dnia w komfortowym fotelu i stał się konformistą.
Wtorek nie był jakiś wyjątkowy pod tym względem. Prezes siedział i drapał się po swoim grubym brzuchu. Pozytywne myślenie, którym się rozkoszował, kazało mu wypowiadać miarowo słowa: "Ach, jakie to życie jest piękne..." I tak sączył się dzień leniwie, a prezes popijał kawę sprowadzaną specjalnie dla niego z Meksyku.
"Biedny jest człowiek, który staje przed obliczem potrzeby wstania ze swego wygodnego fotela..." - pomyślał fachowo, bo miał nieźle obrobiony talent krasowmówczy. - "Mimo iż ma wybor - tańczyc jak mu grają, lub wyjść. Biedny jest, bo czego by nie wybrał, i tak siedzieć już sobie w foteliku wygodnie nie będzie. Musi zdjąć ciepłe papcie i wstać."
Gdy mocno zamykał oczy, po policzkach spływały mu strużki krwi. Nie mógł się jednak powstrzymać. Zaciskał powieki z całych sił.

* * *

W izbie umierał chłop. Płomień świecy widoczny z daleka wskazywał F. kierunek. Noc była, jak to się mówi, ciemna. Tym bardziej w dziewiętnastowiecznej wsi, która robiła tu za endemit - zabytek klasy zerowej. Tego typu narodowe symbole były potrzebne w walce o zwycięstwo w globalnym wyścigu o zachowanie tożsamości. Parlament przegrał swe wpływy, jednak ich szczątki wygrać mógł może jeszcze naród. Politycy całego świata przegrali z korporacjami, z globalizacją, której nie wymyślili, lecz której musieli się poddać. Musieli się pod nią podpisać. W końcu bank zajął ostatni na świecie pałac prezydencki...
A chłop umierał w izbie. Płacił cenę. Był bowiem symbolem narodowej świadomości. Getto nie miało lekarstw. A znachor chorował akurat.
F. szedł tak w kierunku światełka w oknie. Rzadko wychodził poza miasto, więc drogę znał niezbyt dobrze. Znał na tyle, by mimo konieczności wypatrywania jakiejś ścieżki przed sobą móc także oddać się rozmyślaniom. Myśl biegła sobie swoim torem, a F. przedzierał się przez krzewy, krzaki i jakieś porosty. Po kostki taplał się w błocie.
Błoto... Symbol dawnych czasów, ale i globalnej myśli narodowej... Bo to było tak, że narodowe artefakty miały sens tylko wtedy, gdy udało się przekonać do nich resztę świata. Murzyni zajadali się góralskimi oscypkami, więc coś z góralszczyzny zostało... Tylko że górale biegali z tomahawkami i nie za bardzo po górach.
Izba była jużo krok. F. oganiał się od komarów, których w mieście nie było. "Jak oni to wytrzymują!" - pomyślał zniecierpliwiony. Zapach gnoju zaraz poprawił mu humor, w granicach przyzwoitości oczywiście, ale jednak. Pchnął drzwi. Te zaskrzypiały okropnie nie stawiając oporu i jego oczom ukazał się, jak to zwykle w takich sytuacjach, widok. Nie był miły, to jasne. Umierający chłop leżał w teatralnej pozie ze świecą, wokół siedziały baby i lamentowały.
- Zostawcie nas samych - rzucił chłop i dał znak ręką. Baby trochę zbite z tropu wstały i nie protestując wyszły jedna za drugą. F. patrzył bez słowa jak znikają za drzwiami, rozdziawiona zaś ze zdziwienia gęba nie dodawała mu uroku.
- Swoją drogą zawsze dziwiłem się, że tak się jakoś ułożyło i zbudowali tu skansen, a nie cepelię - drżącym głosem zagaił umierający. - Cepelia to jednak kiczowate miejsce by było, a tak sam widzisz. Jest całkiem miło.
F. rozejrzał się po tej zaniedbanej, rozpadającej się chałupie. Zatrzymał wzrok na talerzu z zieloną papką stojącym na parapecie.
- Poczęstuj się... To szarlok. Ze szpinakiem - wystękał chłop zachęcająco.
- Nie przyszedłem tu jeść. Mamy sprawę do załatwienia...
- Wiem, wiem... Problem w tym, że zapomniałem kompletnie co miałem ci do powiedzenia. Zmęczony jestem już. Dość mam tego wszystkiego.
- Chłopie... - F. zwięźle i jasno wyraził zniecierpliwienie.
- Kiedy okazało się, że boli mnie zbyt mocno, kiedy mój ból stał się dla nich nie do zniesienia, dali mi w łeb pałką i wykopali za drzwi. Potoczyłem się po schodach i z łomotem zatrzymałem się na parterze... - zaczął niezwykłą opowieść staruszek.
 
* * *

Nie mogłem wziąć się za czytanie. Cała ta rozmowa z robotem za bardzo mnie zmęczyła. Jednocześnie zdałem sobie sprawę ze zmęczenia, jakie ogarnęło mnie bardziej ogólnie i trwale. Taki wyższy poziom zmęczenia doktor Filgut nazywał znużeniem. Pamiętam, że przy każdej okazji powtarzał to do znudzenia - znużenie to takie przewlekłe, chroniczne zmęczenie. Tak, jakby kogoś to obchodziło. Każdemu z nas zdawało się zawsze, że Filgut przesadza w tym swoim filozofowaniu. "Na znużenie najlepsze jest parę godzin snu, tak jak na depresję bez dwóch zdań pomaga jakaś dobra komedia w telewizorze" - mawiał Oli.
Po latach dopiero zdałem sobie sprawę z własnej głupoty, kiedy poczułem na własnej skórze czym było to, o czym tak miałem czelność się mądrzyć tu i ówdzie. Drugi już dzień siedziałem nad książką i nie mogłem zebrać myśli. Przyszło mi do głowy w końcu, że może jakieś tabletki powinienem zażyć. I to nie jednorazowo. Prawdopodobnie konieczna tu była jakaś dłuższa kuracja. W końcu dolegliwość nie wzięła się z niczego i z dnia na dzień, a psychogenny jej charakter nie pozwoli jej ustąpić zbyt łatwo.
 
* * *

Tam, gdzie miało być jezioro, rósł sobie najzwyczajniej las. Henio nie dowierzał mapie, która uparcie twierdziła - tu jest jezioro. Na własne oczy widział drzewa. Czuł ich zapach, słyszał stukanie dzięcioła... To musiał być las! Mapa jednak wskazywała zbiornik wodny. Jezioro Mokre od wschodu połączone z pobliskim Krzywym, a od zachodu z Prostym. Usiadł Henio na rozkładanym krzesełku turystycznym, prędko wyciągniętym z plecaka, i pomyślał. Źle mu się najpierw myślało, bo był trochę głodny, wydobył więc także konserwę z pasztetem z sojowego drobiu.
- Jak byłem młodszy, to mi się lepiej myślało - stwierdził. Przełknął pomidora, ugryzł kawał chleba i stwierdził wreszcie, że wiele w ten sposób nie wyduma.
Wyglądało na to, że mapa ukrywała obecność lasu. To, jak Henio zaobserwował, zdarzało się nagminnie ostatnimi czasy. Mapy metra nie uwzględniały niektórych zakrętów, mapy kraju tuszowały istnienie niektórych miejscowości... Najpierw Henio bardzo się tym denerwował i zawsze złorzeczył, gdy nie mógł gdzieś trafić. Pomstował wołając, że to nieróbstwo, olewactwo, a nawet (kiedy tego typu zdarzeń nieco mu się już nazbierało) bezczelność. "Jak można sprzedawać społeczeństwu takie buble!?" - pytał retorycznie, a ono - społeczeństwo - odpowiadało grzecznie, poklepując go po plecach: "można, takie czasy..." To Henia doprowadzało do szału i tak się awanturował, że najbliźsi zaczęli traktować go z pewnym dystansem, jako niegroźnego, ale furiata. Wreszcie miarka się przebrała i Henio doszedł z przerażeniem do wniosku, że to wszystko dzieje się z premedytacją. Ktoś najwyraźniej za tym stał i w jego interesie było, żeby pewne rejony, choć często położone nawet w samym centrum miasta, nie istniały dla zwykłych ludzi. Ci jednak stukali się w czoła, kiedy próbował dzielić się z nimi podejrzeniami, tezami, przemyśleniami i wreszcie finalnym odkryciem.

- Bałem się, że powiedziane zostało już wszystko - ciągnął swą opowieść starzec. Baby wznosiły na zewnątrz lamenty, F. słuchał zaś uważnie tego, co chłop chce mu przekazać. W całej tej historii miał bowiem kryć się klucz. - Wreszcie doszedłem do takiego stanu, kiedy człowieka zaczyna mierzić sama myśl o tworzeniu. Nie tylko nie ma o czym mówić, ale sama czynność otwierania ust i nadawania drgań strunom głosowym jest odpychająca. Do tego trzeba jeszcze sprawnie układać język, żeby dźwięki układały się w słowa. Nie można seplenić, a opowieść musi być płynna...
- Napiłbym się - rzucił F. i coś tam wykonał w tym celu. Zakrzątnął się po izbie.
- No ale do rzeczy. Uważam, że podstawowy nasz błąd tkwił w kiepskim marketingu. Zero promocji, żadnej reklamy... To się musiało tak skończyć. Wszystkie wysiłki twórców Otwartego Kodu spaliły na panewce tylko dlatego, że całe to oprogramowanie było tak naprawdę tylko dla wtajemniczonych... I tu nawet nie chodzi o działania okryte tajemnicą. My po prostu nie stworzyliśmy żadnej alternatywy, żadnej konkurencji, nic, co by złamało monopol...
- Przecież Otwarty Kod stanowił potężną siłę! System był bez zarzutu, oprogramowanie biło monopolistę na głowę!
- Zmarnowaliśmy potencjał i tyle. Co z tego, że to wszystko działało, skoro zwykły śmiertelnik nie potrafił tego obsługiwać? Monopolista pokonał nas kilkoma prostymi ruchami, bo to, wbrew naszemu zadufaniu o słuszności, racji i innych pierdołach, właśnie on zaczął w końcu wyznaczać standardy. To on stworzył sieć, w której sekretarka, piekarz, informatyk, nauczycielka, prezes i żebrak potrafili się bez problemu poruszać. Czego więcej potrzeba? Kogo obchodzi to, że jego komputer jest pod stałą obserwacją? Każdy machnie na to ręką, bo przecież czegóż rząd chciałby od niego! Kogo to obchodzi, że Kod Zamknięty nieustannie ulegał dziwnym usterkom, że psuł się sprzęt... Kogo interesowała plaga wirusów, robaków i trojanów, skoro mógł mimo wszystko działać. Kodu Otwartego ni w ząb nie rozumiał nikt prócz nas.
- Ale przecież oczywistym było, że rząd wszystko zbiera do kupy... Że lada dzień złapie wszystkich za twarze... Że tu nie potrzeba żadnej wojny atomowej...
- Więc właśnie mówię, zawiodło nagłośnienie sprawy. Zero jakiegokolwiek pomyślunku handlowego... Już nie mówię tutaj o pieniądzach przecież. Nie udało nam się dotrzeć do ludzi, którzy jakoś woleli płacić monopoliście, zamiast brać nasze darmowe oprogramowanie oparte przecież na Otwartym Kodzie. Nasze produkty były czyste. I co z tego.
F. gapił się tępo w okno.
- Cała ta nasza Scena gówno warta była - kontynuował chłop. - Wielkie mi podziemie! Zeszło się kilkuset geniuszy, którzy nosa nie potrafili wystawić z podziemia. I co komu teraz po ich pracy? To byli artyści... Tworzyli prawdziwe cudeńka! Monopolista do dziś nie odkrył połowy patentów, którymi oni trzaskali z dnia na dzień.
- Bo też po co monopoliście te patenty... - rzucił smętnie F. Gapił się nadal.
- Naszych w końcu zniszczyły dopalacze. Kiedy się agenci połapali, że jedziemy na Redbulu, zaczęli kombinować z prochami. Te wszystkie pseudo-alternatywne firmy kolaborowały z nimi i bez skrępowania zaczęły dorzucać syf do produktów. Zresztą... Wśród nas i tak większość stanowili nałogowcy.
F. coś sobie przypomniał i podrapał się po głowie. Umierający chłopina zamilkł.
- Przepraszam, że mało mówię... Nie bierz tego do siebie. Po prostu nie mam siły... - powiedział po paru minutach i umarł.

* * *

W głowie miałem zamęt. Czułem, jakby czaszka była pełna mułu, przez który z trudem przeciskały się myśli. Strzępki. Bliżej nie określone idee, z których w gruncie rzeczy nic nie wynikało, choć pozornie niezwykle efektowne treści ze sobą niosły. Może i tak było, ale w tej lepkiej mazi oblepiającej mój mózg z pewnością wiele danych ginęło...
Powietrze zaś stało się rzadkie. Dlatego temperatura ulegała takim wahaniom. W jednej chwili człowiek zlany potem zaczynał drżeć zziębnięty.
Atmosfera nie była zdrowa. Na dodatek ten hałas - czasem rozrywał głowę, potem zanikał...
Nie mogłem ułożyć poprawnie zdania. Każdy dzień był pod tym względem gorszy. Myślało mi się coraz gorzej. W końcu przestało mi się myśleć. Tylko odczuwałem - ale i to było zaskakująco ograniczone. Bałem się, że mózg zamienił mi się w worek foliowy pełen wody. Bałem się, że kiedy rozkroić mi głowę, ta woda się wyleje i będzie problem.
Właściwie bałem się czegoś cały czas. A to, że wstałem lewą nogą, a to, że prawą nogą wszedłem na schody, a lewą z nich zszedłem, a to, że czasem coś powiedziałem i pewnie zapeszyłem... Miałem zbiór zabronionych wyrazów. Użycie któregokolwiek z nich mogło w moim mniemaniu spowodować nieszczęście. Dlaczego? Otóż umysł ludzki ma potężną siłę. Wiele można zdziałać potęgą podświadomości, która jest wyczulona na każdy nasz gest, każde słowo, każdy ruch przedmiotów martwych czy przyrody. A mój mózg wyrwał mi się spod kontroli. Zaczął mi płatać figle. Z czasem jednak przestało być śmiesznie.

Nie wiedział skąd wzięły się te mapy. W szkole nie uważał zbytnio na geografii, a potem jedynie z książek o przygodach Tomka Wilmowskiego czegoś się o świecie dowiedział. Ale i tak nie wszystko było prawdą, bo, jak wiadomo, książki fałszują obraz rzeczywistości. Na dłuższą metę powodują schizofrenię, czego klasycznym przykładem jest opisana przez jednego Hiszpana historia niejakiego szlachcica Don Kichota, która tak się zaczytał w romansach, że w końcu uwierzył im tak bardzo, że wstyd mówić co się stało potem.
Henio więc z mapami w ogóle był na bakier, a o przyrodzie dowiedział się tego i owego z bajek dla dzieci. Kompasem posługiwał się jednak, jak na samouka, bardzo dobrze.
Wszedł na pobliski pagórek, wyciągnął lornetkę i spojrzał na ciemny zarys, który wyłaniał się zza horyzontu. To co ujrzał, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Dlatego przetarł oczy, spojrzał raz jeszcze, ponownie przetarł oczy, potem szkła lornetki... I tak jeszcze kilka razy. Kiedy już dotarło do Heniowej głowy co widzą jego oczy i kiedy już w to nawet w miarę uwierzył, przysiadł z wrażenia i westchnął. Otóż ta czarna plama o ostrych konturach była niezidentyfikowanym pojazdem latającym. Rozpoznał go Henio bezbłędnie, jako że lubował się w dzieciństwie w filmach o UFO, a tata kupił mu nawet na Gwiazdkę "Małą encyklopedię spodków latających", w której sporą część zajmowały te niezidentyfikowane.
Zdarzenia potoczyły się w ekspresowym tempie. Henio nie zdążył nawet odstawić lornetki od oczu, a już dostał w łeb od obcego. Upadł na twarz i, jak można się domyślać, nadział się na to, co przy niej trzymał. Z dwoma słupkami wystającymi z oczodołów i połączonimi poprzecznie, jak katamaran, przerażony przypomniał sobie zdarzenia, które parę lat temu wstząsnęły opinią publiczną w mieście.

* * *

Była to historia pewnego pana, któremu raz na jakiś czas wypływały oczy. Budził tym trwogę, rozpacz, politowanie, sensację, a także szereg kontrowersji. Pewne środowiska bowiem uznały go za naciągacza i oszusta. Niczego nie świadomy mężczyzna męczył się co parę miesięcy z tymi oczami, a działacze zaczęli knuć spisek. Odbyło się jedno zebranie, potem drugie, w trakcie których pertraktowano, radzono i do znudzenia opowiadano o przodkach skandalizującego pana. Tu, jak i właściwie we wszystkich innych kwestiach, zdania były podzielone. Jedni twierdzili, że jego matka była Żydówką, inni wręcz przeciwnie - cyklistką.
Tymczasem najbliżsi mężczyzny poradzili mu, żeby się udał ze swoją przypadłością do lekarza. Łatwo powiedzieć. Z czym miał iść do tego lekarza, skoro tak normalnie to był przecież zdrowy, a i po oczach niczego nie było widać. Ciotka Klara, szanowana w rodzinie ze względu na wysoką pomysłowość, wreszcie rzuciła:
- Chłopcze, musimy poczekać na atak. Jak przyjdzie co do czego, to lekarzowi się pokaże, a on to wtedy zobaczy na własne oczy.
Idea wydała się słuszna i wykonalna. Dlatego niejeden obecny zaklaskał w dłonie, a dziadek Kazimierz cmoknął ciotkę w rękę. Babcia zaczęła parzyć herbatę, a żona głównego zainteresowanego przepychała się wśród zgromadzonych rozdając talerzyki z tortem. Oczywiście goście się pochorowali, a lekarz za wydane zwolnienia kupił sobie mały motorek.
Z wykonaniem trzeba było jednak sporo poczekać. Nasz bohater bowiem, jakby na przekór, ataku nie dostawał. Być może zestresowała go cała sytuacja. Pełne napięcia oczekiwanie i presja otoczenia wywołały blokadę.

F. siedział i rozpamiętywał opowieści usłyszane od chłopa...
Dawno temu i daleko stąd zdarzyła się ta historia. Jak dawno i jak daleko nie wiem, ale z pewnością nie teraz i nie tutaj. W tym miejscu i tej chwili przecież nie byłoby to do pomyślenia.
Przyszło ich dwóch. Nie stwierdzono skąd przybył Mzyś, jednak tego drugiego, który potem tyle gadał, mądrzył się i nauczał, widziano, jak zbliżał się środkiem gościńca od zachodniej strony. Robił wokół siebie tyle hałasu, że nie dziwota, iż właśnie na niego zwrócono uwagę, a Mzysia nie zauważono.
Cała ta historia była pozbawiona sensu.


NARODZINY

Powstałem. Nie to, że z łóżka, z krzesła, z podłogi czy czegokolwiek innego. To był proces twórczy. Po prostu powstałem, jak przystało na dzieło stworzenia. Obudziłem się. Nawet o tym nie wiedziałem, bo stało się to tak szybko, że nie przypominam sobie, żebym wcześniej zasypiał. Bo pewnie wcale nie zasypiałem. Najzwyczajniej się obudziłem, a wcześniej mnie nie było. Albo byłem gdzie indziej, ale na pewno nie tu, gdzie się obudziłem, i nie z tymi ludźmi. Dla nich pojawiłem się tu i teraz, tak jak oni dla mnie.
Ta pierwsza chwila była wszystkim. Wiecznością. Otwarłem jedno oko, drugie... Ukazał się świat. Ukazała się wieczność.
Gapili się, krzywili tak jakoś... Ktoś mi się przyglądał. To jest mężczyzna. A ta, to kobieta... A to co? Smoczek.
Wieczność trwała. Otwierałem oczy, spoglądałem na nich i na tych, którzy przychodzili. Oni pochylali się nade mną, gadali, krzywili się, deformowali twarze, dotykali mnie tu i tam... Zaraz o mnie zapominali, pochłonięci podziwianiem reszty. Szafa, telewizor... Chyba nie tylko ja byłem tu nowy.
Powiedziano mi, że ja to ja. Jestem osobą, mam nawet imię - Mzyś. Mzyś to ja. A oto moja ręka, moja noga... Moje ciało. Jestem jak najbardziej ucieleśnionym Mzysiem.
Wytłumaczono czym są te wszystkie przedmioty. Najpierw oczywiście musiałem pojąć, że są w ogóle przedmiotami jako część otaczającej mnie wieczności - część tego, co oni nazywali rzeczywistością...

Powiedziano mi: JESTEŚ.

Okazało się też, że przestrzeń jest większa - ona rozciąga się też poza ścianami pokoju. Nawet poza ścianami całego mieszkania... Więc oto jest świat. Tak jak wieczność - nieskończony. Jest wielki. Mówią, że to niesamowite, że on jest taki duży, lecz mnie się to wydaje normalne. Co w tym dziwnego? Nie rozumiem... Pokazują mi nieskończoność, nazywają ją czasoprzestrzenią i dziwią się.
Mówią, że czas płynie. Nie mogą gdzieś zdążyć, coś im ucieka, przemija...
Przyszedł do mnie Miecio. Tak się przedstawił. Teraz jesteśmy kumplami. Miecio jest przezroczysty i ma wielką głowę. Podobny do balonu, a trochę do tego miśka, który zajmuje pół łóżka. Oni twierdzą, że jemu by smutno było i w ogóle, gdybym go wyrzucił. Mówią, że on też jest człowiekiem, tylko że miśkiem. Niech im będzie. Szkoda tylko, że nic nie mówi. Myślę, że taka jest po prostu natura ludzi-miśków. One nie mówią.
Za to Miecio mówi i w ogóle dobrze się rozumiemy. A oni go nie zauważają. Przechodzą przez niego, mówią, kiedy mówi on, i wszystko zagłuszają... No i wcale u się nie przyglądają, nie pokazują go sobie wzajemnie, nie śmieją się pociesznie, nie każą mu powtarzać tych rzeczy... Ja to muszę cały czas coś gadać, coś robić. Ani chwili spokoju mi nie dają. I rechoczą przy tym, że znieść tego nie mogę.
Miecio jest fajny. I tyle rzeczy potrafi... Kiedy chce, znika.
Za godzinę bajka - usłyszałem. Choć czas nie istnieje, zrozumiałem, że tak się go odlicza - w godzinach. Kiedy z Mieciem podzieliłem się myślą, że to w takim razie jeszcze strasznie długo do bajki i w wątpliwość podałem możliwość doczekania, on zapłakał i zniknął. Zapłakał straszliwie i więcej nie wrócił.
Na bajkę kazali patrzeć mówiąc, że jest straszna, bo wilk chce zjeść zajączka. I mówią, że jak coś jest straszne, to trzeba się bać...
Pokazali mi Maryję i powiedzieli, że to Bozia.
Dali się napić piwa.
Czas zaczął powoli mijać.


DWA

Myślałem, że to mucha była martwa, a to po prostu śmieć leżał.


STO CZTERDZIESTY RAZ

Siedziałem sobie owiany tajemnicą. Zapiąłem kurtkę, jako że każde tchnienie przyprawiało mnie o dreszcze.


WOJNA JEST GRĄ POLITYKÓW

Dwudziestego szóstego dnia czerwca stwierdzono wyraźnie - świat upada. Zenek podpalił lont.

Jasne, że trzeba pamiętać o innych, ale przecież, żeby tak było, najpierw trzeba zadbać o samego siebie. Inaczej się nie da.

Cokolwiek zrobiliście jednemu z tych maluczkich, mnie zrobiliście - dlatego nie da się wybrać Boga, a zapomnieć o bliźnich.

Sprawiedliwość i miłość wzajemnie się uzupełniają. Właściwie są jednością.

Gonili go. To nie był wyścig, to był pościg. Mzyś nie uciekał sam, wraz z nim biegł cały tłum. Jedni mieli świadomość tego, że uciekają, inni myśleli, że się ścigają. Dlatego ci pierwsi, bojąc się, że Mzyś się przewróci, będzie stanowił przeszkodę, o którą łatwo się potknąć, pomagali mu. Przytrzymywali go, kiedy widzieli, że słabnie, podawali napoje... Dlatego też ci drudzy stale podstawiali mu nogi, popychali, uderzali łokciami, spychali na pobocze. Chcieli go w ten sposób prześcignąć, być bliżej czoła tego idiotycznego peletonu.

Więc są jeszcze knajpy, w których płaci się za korzystanie z ubikacji? - pomyślał Mzyś. - Rozumiem, że można płacić za wstęp do baru, jednak nigdy nie poszedłbym do takiego, w którym płaci się za kibel.

Myślę o śmierci. Ona rzeczywiście istnieje. Zastanawiam się czy to powód do smutku, czy radości. I czy to w porządku, że takie myśli miewam we łbie i czy może nie oznacza to przypadkiem, że ja umrę pierwszy - myślał sobie Mzyś albo ktoś inny.

Mzyś spędzał ten czas w małym miasteczku. Właściwie była to wieś. Właściwie kolonia, ale może to nieistotne. Ważne, że zatrzymał się w małym domku, w którym mieszkała Ona. Przykro jej było, że Mzyś jest tu tylko na chwilę. Bo cóż znaczy tydzień, dwa wobec całego życia. Mzyś został jednakże nieco dłużej. Może rok, może dwa...
Szedłem doliną. Dochodząc do domu odwróciłem się i odszedłem. Dlaczego zawróciłem?

I okazało się, że to, w czym bierzemy udział, nie jest żadnym wyścigiem, bo każdy wyścig ma swój cel. To, co nam się tu serwuje, jest gonitwą. Ucieczką. Uciekamy przed kimś i jest to ucieczka dla ucieczki. Pędzimy na złamanie karku nie ze względu na to, co jest przed nami, lecz na to, co za nami.


BOJĘ SIĘ

Ktoś rodzi się, ktoś umiera. Czas płynie przy tym w sposób zbyt nieprzewidywalny, jak na mój gust. Czekałem wieczność na TĘ chwilę, a ona nagle przyszła. Gdy była już prawie tutaj, nie potrafiłem uwierzyć, ale robiłem, co mogłem. A ona przeleciała. Trwała zaledwie sekundę, może dwie - a tyle trwa sen.
Chwila przeleciała obok. Jest moja lecz zatrzymała się gdzieś daleko. Przecież chwila jest wiecznością...
W jednym momencie zapomniałem - to przez te dziury w pamięci. Zapomniałem o życiu i śmierci. Nie tak ogólnie. Chodzi bowiem o śmierć konkretnego człowieka.
Każdy tydzień trwa siedem, lecz zawiera tylko dwa dni.
Każdy z nieistniejących dni trwa dwadzieścia cztery, lecz zawiera tylko pięć godzin.
A śmierć jest życia kwintesencją. Nie mam prawa do życia, bo czym jest życie bez życia... I śmierci też dotknąć nie mogę.
Okazuje się, że jest już zbyt późno na wszystko.
Zbyt późno się urodziłem. Wcześniej nie dało się. Właściwie nie wiem dlaczego to się stało. Nie miałem prawa do narodzin - nie mam prawa do życia - nie mam prawa do śmierci.
Zbyt późno Cię spotkałem. Czy mogłem wcześniej? Nie.
Zbyt późno zrozumiałem. Każda myśl o tym jest nieznośną udręką. Lecz to nie moja wina - tak myślę.
Boję się. Czas jest dziwny i połączony tajemniczo z przestrzenią. Myśl o zwiedzeniu miejsc należących do tamtych czasów napawa mnie lękiem. Wszystkie Twoje ślady nie zatarte, bo nie chcę stracić chwili.

Tory kolejowe. Przejście podziemne. Park. Staw. Cień drzewa.
Pamiętasz wszystko. Zasypałaś mnie chwilami, których nie chciałem takimi.

Czekając wypatrywałem Cię przez wąską szparę w drzwiach. Czas dłużył się niemiłosiernie. I bezlitośnie się skurczył, kiedy się pojawiłaś. JUŻ i DOPIERO połączyły się ze sobą, a ja postanowiłem umrzeć. Prawie. Bo jeszcze myślę, że może choć śmierci powinienem się wyrzec, jeżeli nie mam do niej żadnego prawa. To ona ma prawo do mnie.
Każda sekunda cierpienia przybliża mnie... Do czego? Do kogo?
Piorun nie zabił drzewa. Teraz światełka u mych stóp przypominają o bezsensownej śmierci. Nie mojej. Dlaczego przyszło mi żyć z tym piętnem?
Pamiętam Twoje słowa.
Co ze mną będzie?
Sami umierają, to czy nie mogliby sami się rodzić? Samo mnie urodziło, więc czy nie mogłoby samo mnie zabić?


MZYŚ

Wszystko zaczęło się dzień później. To dlatego, że najpierw trzeba było przygotować sprzęt, prowiant oraz gadżety typu kompas, finka, latarka, czepek z markowym napisem. Uwijaliśmy się jak w ukropie, a tymczasem poważny problem dawał znać o sobie w postaci notorycznego braku Mietka, co ciągle znikał coś przekąsić. To pączek, to jakiś batonik albo soczek, czy też piwko. Pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach - tylko wtedy, gdy dzwoniła zostawiona na stole jego komórka. Och, gdybyśmy znali ten numer, dzwoniłaby bez przerwy, ale z drugiej strony przypuszczam, że Mietek zabierałby ją ze sobą w swoje tajemnicze podróże.
Przygotowania trwały sobie w najlepsze, a tymczasem zgłodniałem i ja.
- Chłopaki, idę po pączka - zawiadomiłem ich. W drzwiach obejrzałem się jeszcze, żeby stwierdzić, że nie płaczą.
Kupiłem sobie nawet dwa i zjadłem w mgnieniu niejednego oka, lecz co z tego. Ani trochę nie przestałem być głodny, a skręcało mnie i ssało tak, że głowa mała.
W pewnej chwili zdałem sobie sprawę z zamętu, który ogarnął mój umysł. Wystukałem numer i połączyłem się z pocztą głosową. Niby samo w sobie to nic takiego, ale zdarzenie to umieszczone dokładnie w kontekście rzeczywistości, stało się prawie gwoździem do trumny. Porównanie... Przenośnia raczej, ale głupia. Tak jak i ja zresztą.
Mijał czas. Zmęczona mucha wirowała nad blatem stołu, a słoneczny promyk przypalał jej skrzydełka. Zmęczenie udzieliło się Chudej Feli, która zaczęła miarowo pocierać twarz. Próbowała otrzeźwić jakoś zamglone oczy... Pierwsza runęła na podłogę. Listonosz zarył twarzą jako drugi, a pecha miał, bo akurat traf chciał, że do Mietka przyszła jakaś paczka i uczynny ten człowiek chcąc położyć pudełko na stole, wszedł do środka i potknął się o chudy korpus Felki. Z torby wypadło mu siedemnaście listów.
Obawiałem się, mimo iż Mietek nie miał chyba wrogów, że gdzieś tam może być schowana bomba. Saperem nie byłem, a cały ten harmider w głowie połączony z nagłą obawą sprawiał, że nieprzyjemne uczucie ucisku w klatce piersiowej stale się pogłębiało. Oczekiwanie było nieznośne.
Miałem ochotę powiedzieć, że zjadłbym coś, jednak zaczął i mnie w końcu morzyć sen.
Minęło parę minut... Sobota zlała się z niedzielą, a powietrzu unosił się swąd zgniłych ziemniaków.
Stałem zdumiony.

Trwało to dobre parę dni. Kiedy otrząsnąłem się z osłupienia, okazało się, że jest noc z wtorku na środę. Zbliżała się północ. Usiadłem nieśmiało na taborecie, oparłem się o stół. "Każda chwila przynosi jakąś naukę" - przemknęło mi przez myśl. Postanowiłem mniej mówić. Bo po co tyle gadać, jeżeli z drugiej strony spotykamy mur. Wyczyszczone traumą umysły. Zasnąłem.

Śnił mi się człowiek, dla którego moje słowa były za trudne - tak mówił. Niczym pytania w konkursie telefonicznym. Śniło mi się mieszkanie, do którego wszedłem nad ranem. Miałem tu zostać na dłużej. W pokoju, który mi przydzielono, stała szafa. Usiadłem na kanapie obok i wysunąłem szufladę. Ujrzałem w niej jedynie pięciozłotówkę postawioną kiedyś na sztorc.

Obudziłem się. Świat pękł z trzaskiem na pół, a każda z połówek potoczyła się w bliżej nie sprecyzowanym kierunku. Piękna rzeczywistość, pięknem swego oblicza obdarzyła kogoś obok. Okrakiem siedziała mu na kolanach, tyłem do mnie. Widziałem tylko jej plecy i niebieskie majtki wystające spod krótkiej spódniczki. Oczyma wyobraźni ujrzałem wyraźnie pięknego oblicza język zachłannie ślizgający się po każdym centymetrze twarzy tego kogoś.
Wycofałem się dyskretnie. Usiadłem w pokoju obok przy stole jakby nic się nie stało. Tylko serce obijało się jak głupie o klatkę. Może chciałem nawet coś powiedzieć, ale twarz moją ściągnął skurcz i stało się NIC.

Zbudziłem się w pomieszczeniu ciepłym z pięciozłotówką z dłoni. Leżałem na tapczanie przykrytym kraciastym kocem. Wsłuchawszy się w otaczającą ciszę musiałem stwierdzić, że świat już nie oddychał. Nie było słychać trzeszczenia starych nie naoliwionych zawiasów... Usiadłem. Przed sobą miałem szafę i drzwi.
Szafa i drzwi... Było też gdzieś okno, bo do pokoju wpadało słoneczne światło.
Wstałem aż trzykrotnie, ponieważ nie zadowalał mnie efekt w dwóch pierwszych próbach. Kiedy już wykonałem to z zaplanowaną gracją, zrobiłem jeszcze dwa kroki, klęknąłem przy drzwiach i zajrzałem na ich drugą stronę przez dziurkę od klucza.
Niewiasta w czarnej bieliźnie robiła sobie makijaż. Chciałem wyrazić jakoś zdumienie, lecz gardło nie było w stanie wydać z siebie dźwięku. Język nie chciał się poruszyć, a usta nie chciały się otworzyć. Twarz pozostała w bezruchu. Nie drgnął ani jeden mięsień. Myśli odmówiły posłuszeństwa - nie ułożyły się w zdanie pełne zdziwienia. W głowie nie pojawił się żaden wyraz.
Ostatni raz podniosłem ręce do twarzy i poczułem maskę, kruszącą się skorupę. Posypał się świat. Jego cząstki wirowały w otchłani.
"Otchłań to nie miejsce - pomyślałem. - Ona jest bardziej pusta niż próżnia." I spłynęła na mnie ulga, ogarnął spokój, oddech prawie zaniknął, lecz wtedy uderzył mnie jakiś odłamek rzeczywistości. Po chwili drugi, potem trzeci...
- Straciłem wszystko!!! - wyrwało mi się raz ostatni, a twarz rozsypała się w pył.

Zasnąłem. Przyszedł pan Stasiu, który mimo paraliżu chodził sobie z żoną po mieście. Lewą rękę miał trochę wykręconą, ale reszta była w porządku. Mimo śpiączki powiedział "dzień dobry" i wyszedł gdzieś na zewnątrz.
Dzień minął bardzo szybko. Zegar bezlitośnie wystukiwał sekundę za sekundą.
Obudziłem się na dworcu. Przede mną stała Monika. "Jakież to wszystko skomplikowane - pomyślałem. - Co ona tu robi?" Pocałowała mnie. Nasze usta spotkały się mniej więcej w połowie.
Wysiadłem z pociągu w Jeleniej Górze, która okazała się być wioską z humorystycznego filmu o bandzie złodziejaszków. Pani Weronika, mimo paraliżu, miała się bardzo dobrze. Pamiętam, że zanim zachorowała ujrzałem ją w śnie jako ducha.

Piknik trwał w najlepsze. Siedzieliśmy sobie z rodziną na trawie nad jeziorem. W pewnej chwili wskoczył do wody stryjek. Długo nie wypływał. Zaniepokojony tata wskoczył więc za nim. Mama i ciotka wpadły w panikę. Po jakimś czasie wskoczyłem i ja. Przebiłem taflę wody i z dużą szybkością pokonywałem głębokość. Nie mogąc wyhamować, minąłem skurczone ciało taty. Poniżej były wodorosty. Utopiłem się w połowie.

Umarłem zwyczajnie. Ból rozsadził klatkę piersiową, a świat wykręcił się na drugą stronę. Wszystko stało się inne. Wielkie budowle runęły na ziemię. Nawet myśl o tym, że coś jest nie tak, nie była normalna. Czas wcale się nie zatrzymał, pędził jeszcze szybciej.

Umarłem, by mógł narodzić się ktoś.

REAKTYWACJA

"Niby z jakiej okazji miałbym ulegać niepokojowi - myślał F. wracając do miasta opędziwszy się od lamentujących bab - skoro do tej pory zawsze jako wszystko było w porządku. Zbrodni nie popełniono. Maczkiem pisane lisy składały się raptem z kilku prostych zdań i wszystkie przed wysłaniem dokładnie czytałem raz jeszcze." Rola cenzora odpowiadała mu jak najbardziej, jako że lubił babrać się w cudzych historiach. Ich - tych cudzych - perypetie, te pozornie błahe zdania układające się w łańcuchy następujących po sobie przyczyn i skutków, cudownych zbiegów okoliczności i zwykłych banałów wprawiały go w stan specyficznego podniecenia wsysającego w sam środek radości, smutków, dramatów...
Rozmyślał tak sobie i rozmyślał. Przyszło mu do głowy, że choć teraz czuje się wspaniale, pewnie po całym zdarzeniu jak zwykle dostanie doła. Zawsze wpadał w depresję po tym włażeniu w butach w ludzkie życiorysy. Postanowił jednak napisać biografię ostatniego chłopa i trzymał się tego kurczowo. Głównie dlatego, że był właśnie bez forsy, a to, jak wiadomo, bywa głównym powodem wielu świństw, które w życiu popełniamy.

"Dlaczego tak jest, że zawsze mam rację?" - głowił się tymczasem prezes. "Być może to ten urok osobisty, czy jakaś inna aparycja" - myślał sobie, widzimy więc, że idiota. Problem w tym, że prezes miał władzę. Przynajmniej na pewnym polu przez wielu uważanym za najważniejsze. Czyli w wydawnictwie. A tak się składa, że w tych czasach było to jedyne znaczące cokolwiek wydawnictwo. Inne działały w podziemiu i choć drukowały rzeczy wartościowe, a w porównaniu z tą popeliną, wręcz genialne, nikt - poza kilkunastoma działaczami - o nich nie wiedział. Było też co prawda kilka innych legalnych spółek wydawniczych, te jednak w konkurencji z Amboną S.A. nie miały żadnych szans. I właściwie trudniły się wypuszczaniem kartek pocztowych, zaproszeń, dyplomów i folderów reklamowych.
Bełkot na topie był z dwóch powodów. Po pierwsze, dobrze się sprzedawał. Społeczeństwo, które oszalało od życia na najszybszych obrotach, wchłaniało wszystko, co z wierzchu było błyszczące, słodkie i ładne. Kicz i grafomania stały więc na porządku dziennym nagradzane i podziwiane na każdym kroku. Skorumpowane środowiska artystyczne i kulturalne przyznawały sobie wzajemnie nagrody i wystawiały pochlebne opinie. Z pieniędzy podatników utrzymywała się nienasycona hydra nierobów, antytalentów i fałszywych idoli. Po drugie jednak i ważniejsze, na taki stan rzeczy przyzwolenie dała władza. W dobie cyberdemokracji, kiedy to teoretycznie wszystkie decyzje podejmowała opinia publiczna, ważne było, żeby tę opinię jak najbardziej ogłupić. Banalna teza, że tępą masą pozbawioną klasy inteligenckiej, ludźmi pracującymi bez wytchnienia i jednostkami o zatkanych uszach i zasłoniętych oczach, łatwiej manipulować, sprawdzała się tu bezbłędnie.
Grupa skorumpowanych złodziei nakręcała więc destrukcyjne działania zdegenerowanych artystów i inteligentów. W imię słupków słuchalności, oglądalności i każdego innego statystycznego zainteresowania uśrednionej jednostki, która, jak wynikało z obliczeń rządowych matematyków, miała metr sześćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu i 38 nr buta. Innej odzieży i obuwia więc praktycznie nie produkowano niż te statystycznie jedynie słuszne.
A najważniejszą ze sztuk były oczywiście media. Z reklamą na czele.

F. przemierzał betonowe ulice betonowej stolicy. Żadnej przyrody - tylko gdzieniegdzie pojedyncze drzewa, które przebiły się przez popękane chodniki. Za budynkami po lewej stronie stał sztuczny park. Ogrodzony drutem kolczastym, z asfaltowymi alejkami i pokomunistycznymi pomniczkami nawiązującymi nieudolnie do epoki antycznej. Walczył ze snem. Trochę myliła mu się już rzeczywistość z tymi ulicami, które przecinał spiesząc się do Królewskiego Deptaku. "Co to za miasto - myślał sobie. - Nie ma tu ani jeziora, ani morza, ani gór... A najbliższy prawdziwy las znajduje się w odległości stu dwudziestu kilometrów". Znowu przysnął nieco. Przed oczami stanęły mu sceny z najnowszego filmu nagrodzonego czterdziestoma ośmioma nagrodami.
Obudził go klakson. Zbiegł ze skrzyżowania i skręcił w lewo. Deptakiem podążył na północ. Tam według słów martwego już chłopa znajdowały się ostatnie słynne zielone słupki kontrolne postawione tam jeszcze w XX wieku. W okolicach kościoła św. Anny zachować się ich miało podobno około piętnastu.
Chciał coś zrobić, ale się rozmyślił. Zasnął. Obudziło go własne chrapanie. Stał na Nowym Rynku. "Się trochę zapędziłem" - przeszło mu przez głowę. Obrócił się na pięcie. Przed sobą ujrzał Ojca Dyrektora. "Toż to gorsze niż Krzyżaka spotkać!" - uderzyła go myśl nagła i rozpaczliwa. Uciekł. Po drodze na Stary Rynek w biegu pomachał katowi, w pośpiechu dał sobie wyciąć profil, kupił loda o smakach: grapefruitowym, jogurtowym i możliwe, że cedrowym. Wypił też gorącą czekoladę parząc sobie gębę. Na rynku kupił pączka z okienka, następnie minął Zapiecek i wbiegł na Plac Zamkowy. Z kwiatkiem w ręku dla pięknej pani przeczytał wiersz na dziś, odwiedził wystawę tortur, popluł na znikające w tunelu psychomobile i pędem ruszył dalej. Z Krakowskiego Przedmieścia skręcił w lewo i po kilkunastu sekundach sprintu znalazł się na ulicy Peowiaków. Stał tam teatr w pobliżu, a w nim grali Gombrowicza. "Co się stanie, jeśli gmin się dowie, że nasza dupa taka sama?" - tylko to przyszło mu do głowy i zadyszany kupił bilet.
W tych czasach pokutowała tak koncepcja sztuki, że, żeby dobrze przeżyć i odebrać sztukę, trzeba było skonsumować Grzypka. Tego też oczywiście dostał F. razem z biletem w komplecie i zaraz, gdy tylko usiadł na balkonie, spożył

go ze smakiem. Typowy zabieg i pomysłowy wielce. Zgapiony. Świat okazał się być nagi. Po zdjęciu czarnych okularów, zasłon i kurtyny, świat okazał się być piękny. Była to rzeczywistość ludzi pięknych, młodych, wysportowanych, szczęśliwych. Nie było trudno tak ją uformować. Rewolucja trwała chwilę. Szczęście jednostki było tu najważniejsze. Dobro najwyższe. Może to niektórych zdziwić, lecz frekwencja wyborcza była wysoka, a obywatele zadowoleni. Tak wysokiego poparcia społecznego nie miał jeszcze żaden rząd w historii. I, co doprawdy niezwykłe, były to wyniki prawdziwe. Referenda nie były fałszowane, wybory także nie... Przy spisach ludności lub telefonicznych badaniach opinii na ten czy ów temat każdy odpowiadał chętnie, na temat, ze zrozumieniem i oczywiście z pełną aprobatą dla Premiera, którego nagość wszystkim się podobała.
Istniało tylko dobro. Zło zostało zgodnie i stanowczo wyplenione. Starość, niezaradność, smutek, strach, niepewność usunięto. Po cichu i tak, żeby nie rzucało się w oczy. Za miastem stawiało się zwykle spory kontener i tam eliminowano wrogów rewolucji, których dręczył głód. Niechcianość nie istniała. Bo była niechciana. Zabijano ją w samym zarodku. Wszelkie stworzenie było dobre. A słupki słuchalności oczywiście ciągle rosły, choć zdawało się to nie do pomyślenia. Media szalały z radości, a gołe panienki latały wokół tych słupków.

"Jak miło poznać człowieka" - pomyślał, wstał i wyszedł tylnym wyjściem.

Słupek w południowo-wschodnim narożniku rynku był wygięty w ten sposób, że jego wierzchołek wystawał ponad chodnik. F. siedział sobie w ogródku restauracji "Małe Co Nieco" i z niesmakiem spoglądał na ten wybryk techniki. Zerknął też ukradkiem na samolot F-16 stojący obok. Nie wyglądało to ładnie. F. przypomniał sobie historię pewnego amerykańskiego lotnika, który w zamierzchłych czasach żelaznej kurtyny wylądował na Placu Czerwonym. To chyba było mniej więcej wtedy, gdy czołgi rozjechały studentów na Placu niebiańskiego Spokoju... Jakieś sześćdziesiąt-siedemdziesiąt lat temu chyba...
Słupek sterczał niczym wycelowany prosto w faceta pochłaniającego hamburgera, czy też jakąś inną potrawę typu fast death. "Jaki tu ruch w sumie" - pomyślał F., bo przyszedł mu na myśl zapadły rynek po drugiej stronie granicznej rzeki, gdzie chyba jedyną rozrywką dostarczaną społeczeństwu miała być grilovana kurata. Społeczeństwa zresztą prawie tam nie było.
Z samolotu wysiadł agent specjalny A. Rosenfield. Przynajmniej tak wyglądał. Elegancki garnitur typu FBI, czarne okulary, wysokie czoło. Za nim wysiadł kolejny, po nim następny... Gdy F. naliczył piętnastu Rosenfieldów Albertów, samolot oklapł z sykiem.
Przechodząca pod arkadami staruszka przystanęła i otwarła szeroko oczy na widok tego nietypowego ataku klonów. Tak, ataku, albowiem oto pięciu Albertów otoczyło F. z nagła, pięciu innych z lewa, a cała reszta natarła z prawa i w jego imieniu rzekomo.
Facet z hamburgerem ze stoickim spokojem zamieszał colę w plastikowym kubku. Wszystko działo się w zwolnionym. Przechodnie przechodzili obok, chłopiec w kraciastej koszuli usiadł na krześle obok, młodzieniec w czarnym biegł sobie na przełaj. F. poczuł jakby czas stanął w miejscu. A sklonowany agent Rosenfield wyciągnął piętnaście pił do krojenia nieboszczyków i ruszył w kierunku F.

Na drugi dzień (bardzo chciałem użyć tego zwrotu, bo jest taki szkolny) nudził się okropnie. Słupki oglądalności nie bez powodu rosły. Im było nudniej, tym mniejsze kontrowersje wzbudzało, a to dawało poczucie bezpieczeństwa. Widzowie oglądali z pewnością, że nikt ich nie obrazi (jakiś koleś stanął mi za plecami i zadał podchwytliwe pytanie czy poznaję Marka; może sam jest Markiem; stwierdził, że piszę z daleka; no nie wiem, myślę, ze piszę z bliska, choć właściwie nie znam się; bez sensu...). Z drugiej strony można było pójść w drugą stronę - wywołać maksymalne emocje. Wzburzony tłum często się na to łapał i słupki rosły, jak grzyby po deszczu. Problem był tylko jeden, ale podstawowy, a z niego lawinowo wynikały problemy kolejne, o których nie ma sensu tu mówić. Skupmy się na tym jednym, podstawowym, pierwotnym (jak się nagromadzi kilka epitetów w kupie, to daje to uroczy, choć uczniowski efekt - gdzieś o tym czytałem). Chodzi o to, że zainteresowanie widzów skandalem było sezonowe. A kompromisem nijakości (którego skutkiem ubocznym, choć nieszkodliwym, była nuda) zabawiać klientów można było w nieskończoność.

Słupki więc rosły lub co najmniej utrzymywały się na wysokim poziomie. Jeśli jakieś gdzieś malały, to specjalnie. Firma po to traciła na swej oficjalnej wartości (mierzonej w liczbie widzów), żeby sprzedać się tanio szwagrowi, pieniądze odebrać pod stołem, ominąć urząd skarbowy itd. Powody malwersacji były różne, choć utrzymane w tym właśnie tonie, a ja się na ekonomii nie znam, więc nie będę wchodził w szczegóły. Chcę tylko rzec, że wszystko to działo się w kontekście ogólnonarodowej ciemnoty, analfabetyzmu i zabobonów. A przedstawianie zdarzenia wyrwanego z kontekstu przecież wiele by nie znaczyło. Byłoby tylko niezrozumiałym gestem, pustym symbolem. Dużo by gadać o tym, ale przecież nie mamy tu do czynienia z poematem dygresyjnym, lecz z drugą częścią trylogii o bezczelności nieśmiertelnej. A że część druga formą i treścią dotyka bolesnego jakże problemu słupka, to i nie odbiegajmy zbytnio od niego i zajmijmy się rzeczywiście sprawami bezpośrednio z tematem związanymi (oczywiście nie zapominajmy o tym, że czytalność "Tupetu słupka" spada bezczelnie i stanowczo z prawie każdym zdaniem przeczytanym przez wykruszającego się czytelnika; ale, doprawdy, nie ma się tu co niepokoić, wszystko jest pod kontrolą, na jesień czytalność wzrośnie, a jak nie, to podamy się do dymisji; znaczy się, bierzemy osobistą odpowiedzialność za to, co się stanie; a przed kim odpowiemy, to jeszcze zobaczymy; może to będzie zarząd, a może historia).

F. chował się za słupem ogłoszeniowym. Słupy te, jak wiadomo, często są grubymi i wysokimi. F. trafił na taki właśnie model. Gruby ogłoszeniowy słup ze szpicem na końcu. Zmierzchało już, F. krył się, a Albert rzucał w niego tymi swoimi toporkami, młotkami, płytami chodnikowymi... Alberta było wszędzie pełno i w stronę F. siłą rzeczy leciało dużo tego typu śmieci. Ale nie były mu one groźne! Naciskał sobie pauzę, żeby w porę każdy lecący w jego kierunku przedmiot zlokalizować i złapać lub się przed nim uchylić. A Albert był tylko jeden, choć w piętnastu osobach. "Jak on je kontrolował?" - spyta ktoś. To proste. Też naciskał sobie często pauzę. Dla każdej osoby mógł więc starannie opracować kąt padania, odbicia, nachylenie, siłę rzutu, rozpęd, rodzaj broni i inne takie. Na przykład w dowolnej chwili każda z osób Alberta mogła wypić eliksir regenerujący poziom jednej z dowolnie wybranej cech: zręczności, wytrzymałości lub szczęścia. Cóż, na szczęście też trzeba było liczyć, jako że umysł ludzki jest już taki, że nawet mimo dowolnie długiej pauzy, zawsze przeoczy jakiś wątek. To jak z szachami, gdzie nad każdym ruchem także można myśleć całymi godzinami, a i tak nie przewidzi się wszystkiego.

Reasumując, Agentów Albertów było piętnastu, choć tak naprawdę był to jeden Albert w piętnastu osobach, a F. jeden, choć to właściwie on miał przewagę. Raczej tak z nudów wyłapywał co szybsze artefakty przez Alberta rzucone. Właściwie nic mu nie groziło, a cała scena odbyła się tylko i wyłącznie dla rozrywki tłuszczy. Jeśli by przecież zechciał (deszcz pada), rozniósłby niejednego takiego Alberta na strzępy. Ale nie chciał. Dlaczego? Bo mi nie zależy na tym, żeby chcieć miał. Swoją drogą, idąc tym tropem rozumowania, mógłby także nie mieć przewagi nad agentem (w końcu jest sam jeden, a Albertów piętnastu). Ale co z tego. Wymyśliłem sobie, że jest, jak jest i już. A Albertowi właściwie na co ta przewaga by była? Zrobiłby tylko jakąś krzywdę naszemu bohaterowi i miałbym problem z wymyślaniem dalszej fabuły, a akurat z nieznanych mi przyczyn pragnę skupić się właśnie na jego przygodach. A wie szanowny Czytelnik, że ja właściwie nie wiem jak F. ma na imię? Mam pewne podejrzenia, ale - nie bójmy się stwierdzić otwarcie - to tylko moje prywatne domysły (ludzie wyszli z kina; z niejednego kina).
Aha, miałem Czytelnikowi wyjaśnić skąd wziął się ten analfabetyzm i ogólne zacofanie społeczeństwa, które na widok czarnego kota czy też czarnego kominiarza wykonywało niezrozumiałe dla co bardziej wykształconego przedszkolaka ruchy typu łapanie się za guzik itd. (wiemy o co chodzi, nie będę się tu rozpisywał). Otóż ileś lat wcześniej do demokratycznie wybranej władzy - dzięki matactwom w cyberordynacji i nowoczesnym wirusom - dorwało się stronnictwo radykalnej lewicy, które wygrało o włos z radykalną prawicą (centralne ugrupowania się wytruło). Stronnictwo to nie stroniło od używek typu LSD, kapusta kiszona z kompotem lub heroiną, opium, klej i stąd wzięły się jej przywódcom posthipisowskie pomysły komunistyczne. Przede wszystkim skupiono się na wolności obywatela, który miał od tej pory stać się radykalnie wolny. Oczywiście wolność to co innego niż anarchia, którą głosiła partia przegrana, więc nie spodziewajmy się cudów i utopii. Sprawa była prosta. Oparta na jednym podstawowym założeniu. Otóż jednostka ludzka, żeby wolną być fizyczne, najpierw musi mieć zagwarantowaną wolność umysłu. Państwo i wszelkie organizacje muszą więc w pierwszym rzędzie odstąpić od jakiejkolwiek presji na sferę psychiczno-intelektualną człowieka. Żadnych manipulacji, przekazów podprogowych, aluzji, pseudoedukacji, wpajania doktryn i dogmatów. Jeszcze z dorosłymi to w zasadzie pół biedy - oni potrafią bronić się sami przed tego typu procederami, zresztą nie można im z drugiej strony zabierać prawa do bycia manipulowanymi. Ale dzieci i młodzież, jako przyszłość narodu i ci, którzy będą nas w przyszłości utrzymywać, to podmiot, w który (jak stwierdzono na krajowym zjeździe) należy inwestować (zamyśliłem się trochę, ale bez związku z treścią raczej) i dbać o niego trzeba (fajne filmy ostatnio oglądam; przyjechał cyrk i śpiewa oazowe piosenki wożąc dzieci na wielbłądach).
- Kończ waść, wstydu oszczędź - wykrzyknął agent specjalny Albert Rosenfield załamany brakiem amunicji.
F. zerwał się jak oparzony (fajne porównanie), podskoczył, ręce uniósł przed siebie i poleciał, jak ten przysłowiowy Superman - ikona popkultury sprzed lat, która uratowała świat w osobie Ameryki Północnej z wyłączeniem Kanady przed ufoludkami. Gdy znalazł się na orbicie, rozprężył się i oddał marzeniom.
Powróćmy jednak do kwesttii ciemnoty. Otóż, żeby zagwarantować dorosłemu obywatelowi wolność świadomego wyboru, postanowiono w pierwszym rzędzie dzieciom i młodzieży zapewnić wolność od wszelkiej ideologii, przekłamań, manipulacji i systemów dogmatycznych niezależnie od tego czy uznają one płaskość Ziemi czy też jej kulistość, systemów filozoficznych, które miałyby tylko sugerować, że coś jest inne lub identyczne jak w rzeczywistości. Dzięki temu człowiek w momencie osiągnięcia pełnoletności umysł miał czysty jak łza. W 2075 roku zamknięto przed małolatami szkoły, urzędy, kościoły, media... Bo jak ci od mediów kazali zamknąć kościoły, to właśnie ci od kościołów powiedzieli, że oni też nie życzą sobie, by ich dzieci były wychowywane według zasad tych od mediów, a wiadomo skądinąd, że telewizja kłamie (wyświechtane i banalne). A do tego inne instytucje państwowe są jak telewizja i również kłamią, jak specjalnie w tym celu wynajęte, i je też należy odsunąć. Tak właśnie na tej zasadzie każdy każdemu kazał się odizolować od niepełnoletnich, bo jak już komuś zabrakło argumentów, to i tak zamknięto całą resztę instytucji w imię umożliwienia im równych warunków do rozwoju, a dzieciom jednakowych szans na starcie. Żeby nie było, że jakiś osiemnastolatek jest lepiej wykształcony od kolegi tylko dlatego, że interesował się naukami ścisłymi, a nie tymi drugimi, w których łatwiej o ściemnianie. Młodzież chowano w domach pod okiem słupków kontrolnych, które pilnowały, by rodzice nie wtłaczali potomkom jakichś nielegalnych treści.
- Kurwa!!! - wrzeszczał agent Albert za ulatującym F. - W 1989 miałem 15 lat!!! W moim pokoleniu burza polityczna zbiegła się z burzą hormonów!!! Dlatego tak boleśnie odczuliśmy to rozczarowanie!!! Prawa embrionów były ważniejsze niż prawo do seksu!!! Zabiję cię!!! Na podstawie wątpliwych argumentów uznano zarodki za pełnoprawne istoty ludzkie!!! Zabiję cię!!! Obecność kodu genetycznego w zygocie niczego nie dowodzi!!! Dorwę cię!!! Kod genetyczny jest też we włosach, ale golenie twarzy nie jest uważane za ludobójstwo!!! Ten absurd, połączony z propagandą anty-antykoncepcyjną, z likwidacją edukacji seksualnej w szkołach, oznaczał dla nas tyle: znowu ideologia jest ważniejsza od rzeczywistości, od ludzkich pragnień i dążeń!!! Jeszcze się spotkamy!!!
Wracając do tematu. Skutki były opłakane. Nowatorska polityka rządu spowodowała w końcu kryzys ekonomiczny (jak już pisałem, na ekonomii się nie znam, więc nie wyjaśnię jak to dokładnie się odbyło), a następnie zapanowała ciemnota, bieda, zacofanie i wybuchły rozruchy krwawo następnie stłumione. Pierwsze i ostatnie, bo zginęli w nich ostatni inteligenci. Społeczeństwo stało się wolne od ideologii i religijnych matactw. Może nie do końca świadome, ale za to raczej szczęśliwe, bo nie narzekające, a za to pracujące - w pocie i trudzie budujące nowy ład.

F. wracał z wolna do domu. Chwila relaksu na orbicie dobrze mu zrobiła.
- We are get ready to soul revolution! - wołali na klęczkach mijani rastamani modlący się o kolejny deszcz konopny. Słychać było w oddali warkot helikopterów. Rząd dbał o swoich cyberwyznawców.
Po kilkunastu minutach upragniony towar spadał już z nieba na spadochronach. F. tego nie widział, bo znikł za rogiem, a potem skręcił w jeszcze jeden zaułek, ale wybuchła tu teraz mała bijatyka. Z bramy wyskoczyła brygada cyberpunków, która za pomocą swoich nielegalnych laserów zaprogramowanych 20 lat temu przez starszych braci zaatakowała rastamanów. Ci w pierwszej chwili rozbiegli się lub poprzewracali, lecz za moment przystąpili do kontrataku...

Rozpisałem się trochę na ten i ów temat, zaniedbawszy nieco fabułę, oglądalność (już nie mówię o czytalności) spada, klienci się obrażają, firma upada... Oczywiście wszystko jest pod kontrolą, a problemy tylko przejściowe, już zresztą pisałem o tym. Wszystko właściwie w imię dobra firmy i w trosce o klienta. Więc nie rozumiem czemu się obrażają. To istna bezczelność domagać się czegoś tam od mojej powieści. Nie chcą, niech nie czytają. Takich przyjaciół, którzy tylko na mnie psy wieszają, mi nie potrzeba. Zresztą wszyscy wiemy, że dobry i uznany ze mnie pisarz. Czytelnicy nie dadzą sobie wciskać kitu. A tych jest sporo.
Co by tu jeszcze dodać... Jestem ulubionym pisarzem mas i sprzedaję mnóstwo gadżetów związanych z moim imadżem, postawą, ideologią oraz dziełami, które napisałem i napiszę. Do tego sprzedałem prawa do stworzenia filmu na podstawie mojej poprzedniej powieści. Będzie z tego film kinowy i serial jedenastoodcinkowy, a także wersja rysunkowa z muzyką znanego zespołu techno, który ją skądś zsamplował. Więc się niech obrzydliwa inteligencja nie czepia. Jestem dobrym pisarzem, zasługuję na Nike, Oskara, Wiktora i może nawet Nobla, bo pieniędzy przybywa w moim portfelu, a jak wiadomo, w końcu przecież o to chodzi. A wy niby z czego żyjecie? Sami jesteście równie komercyjni - wstajecie rano z łóżek i idziecie do swoich komercyjnych fabryk cały dzień spawać rury. Macie z tego kasę, utrzymujecie rodziny, dzieci wysyłacie na studia i kupujecie sobie moje książki. Zresztą i tak nic nie możecie, bo jestem członkiem Krajowej Rady Książkologii i Prasy. Jak przestaniecie czytać moje genialności, to wam wprowadzę obowiązkowe posiadanie tych wynaturzeń wraz z odpowiednimi opłatami oraz policją na karku. Przy okazji wykoszę całą konkurencję moją i mojego kolegi, bo będę zdenerwowany. Już ja mam na to sposób. Jestem ministrem. Jestem Napoleonem. Jestem Zygmuntem Augustem. Jestem pierwszym sekretarzem. Jestem Wielkim Mistrzem Von Jungingenem. Zresztą, jak powiedział inny mądrala - wiedzieliśmy, że czytelnik nie będzie miał dokąd iść. Bo co? Bo czytelnik ma to, na co sobie zasłużył.


Game over
Credits: 1

Leon