|
Doskonała maszyna zaczyna się zacinać.
Tajniak SA, ani żadna organizacja działająca pod egidą Tajniaka, nie jest właścicielem ani współwłaścicielem kanału #trojka. Spółka ta nie jest zresztą legalnie działającą spółką w świetle prawa jakiegokolwiek państwa czy to w przestrzeni, czy w czasie. Co prawda niektóre organizacje państwowe nie mają o to pretensji, są jednak takie, które chętnie położyłyby na naszej działalności swe łapska. Może po to, żeby ukrócić, a może tylko w celu przejęcia kontroli i zysków. Jakie jednak zyski mogłoby mieć jakiekolwiek państwo z działalności Tajniaka? Toż cała ta działalność przynosi same straty, jeśli chodzi o stronę materialną przedsięwzięcia. Żadne państwo na żadne inne strony jakiejkolwiek działalności nie zwraca uwagi, więc w naszym przypadku przejęcie kontroli nie ma większego sensu... Choć właściwie kto to wie. Jesteśmy ludźmi o prostych umysłach, dlatego nie widzimy żadnego sensu w próbach przejęcia naszej spółki. W celu uczynienia naszej działalności legalną moglibyśmy oczywiście powołać do istnienia jakieś nowe państwo (ziemi nam nie potrzeba, mogłoby to być państwo w czasie, a nie w przestrzeni) - stworzylibyśmy konstytucję i jakiś kodeks prawny, zgodnie z którym Tajniak SA byłby firmą absolutnie legalną. Tylko że po co? Nasze państwo w dalszym ciągu nie byłoby częścią jakiejkolwiek innej organizacji ostrzącej sobie na nas swoje ząbki i pazurki. Jako państwo bez ziemi ciągle bylibyśmy tu tylko gościnnie. Skoro więc działanie to nie zmieniłoby naszej sytuacji, a tylko groziłoby nam zbiurokratyzowaniem naszego życia, obędziemy się bez niego. Żyjemy tu, gdzie nam wygodnie, mówimy językami jakich lubimy używać - tego nikt nigdy nam zabronić nie może. Bo tak na prawdę nikt nie jest właścicielem Ziemi. Nikt nie może decydować o naszym bycie. A my, jak to zostało powiedziane powyżej, jesteśmy tam, gdzie nam wygodnie. Wybieramy sobie takich znajomych, których uważamy za stosowne wybrać. Przejmujemy się sprawami, które są nasze lub naszych przyjaciół - tych, którzy nie udowadniają nam przy byle okazji, że jesteśmy nikim. Nigdzie jednak nie jesteśmy u siebie, wszędzie jesteśmy tylko gościnnie. Siedzimy sobie w tramwaju, choć on nie nasz, i jeździmy w kółko po mieście. Chodzimy po ulicach, chodnikach, schodach, ścieżkach, choć one też nie nasze. Siedzimy w kanałach, choć i one nie nasze. Jesteśmy w drodze. Co i rusz jakiś niedotarty autobus wiezie nas w bardziej lub mniej nieznane czasy, nieznane miejsca. Nigdy nie jesteśmy u siebie, jednak szukamy takich miejsc, gdzie jest dobrze, gdzie mieszkają przyjaciele, którzy nas nie wyrzucą, lub nie pozabijają. Czasami ludzie przyjmują nas z otwartymi ramionami, czasem wesprą i pozwolą się posilić, pomogą... Czasami obiją kijami i zabiorą wszystko co mamy. Tak to już jest z losem wędrowca. Nieraz wmawia się nam, że sprawy gospodarza są naszymi sprawami. Gospodarza, który patrzy na nas z góry, nie ufa, grozi i przy byle okazji robi nam krzywdę. Ziemia jednak nie należy do nikogo, a my chcemy tędy tylko przejść - mamy do tego prawo, bo przecież jakąś drogą musimy iść. Ale czy sprawy spotykanych ludzi, którzy nigdy naszymi się nie przejmowali, są takimi, które miałyby zajmować nasze umysły? Czy walka o władzę tubylców - byłego i teraźniejszego prezydntenta, obecnego przewodniczącego związków zawodowych oraz kilku innych uzurpatorów jest naszym problemem? Niech się tubylcy sami martwią, a nam spokoju nie mącą, jeśli do tej pory nie potrafili podać szklanki z wodą, kanapki albo chociaż ręki, kiedy upadliśmy. Tym bardziej, że przecież my nie mamy żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Jak wiadomo, jesteśmy nikim, nie można nam ufać i zasługujemy tylko na okresowe kopniaki, gdy mówimy zbyt wiele. I niech tak zostanie...
PS. Nie jesteśmy jednak nigdy złej myśli. Tubylcy zawsze sobie jakoś radzą, a ich organizacje zbyt łatwo nie ulegają destrukcji, tym bardziej, jeśli ich siłą jest ich liczebność. Co z tego bowiem, że premier pokłócił się z prezydentem, król z kanclerzem, a marszałek sejmu z marszałkiem senatu? Nawet jeśli wymordują się nawzajem, co przecież jest wpisane w ryzyko zawodowe, zawsze znajdzie się jakiś nowy tubylec, który zechce poprowadzić wózek dalej.
|